Zamknięty świat | Страница 7 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

Tymczasem Memnon także nie próżnuje. Co wieczór opowiada Aurei o wydarzeniach kolejnego dnia. Pięć tysięcy dwu obywateli Miastowca 116 wyznaczonych do zamieszkania w nowej wieży wybrało dwunastu delegatów do komisji zarządzającej Monadą 158 i Memnon znalazł się w tej dwunastce. To wielki zaszczyt. Dzień po dniu delegaci uczestniczą w multiekranowych telekonferencjach z całą konstelacją Chipitts, dzięki którym mogą planować społeczny ustrój monady, którą wspólnie zasiedlą. Ustalono — powtarza Memnon żonie — że będzie pięćdziesiąt miast po dwadzieścia pięter każde. Wszystkie wezmą swe nazwy nie od zniszczonych miast dawnej Ziemi, jak było dotychczas w zwyczaju, ale od imion wybitnych ludzi z przeszłości, takich jak Newton, Einstein, Platon czy Galileusz. Memnon będzie odpowiadać za cały zespół inżynierów zajmujących się dyfuzją ciepła. Będzie to stanowisko bardziej kierownicze niż techniczne, dlatego też razem z Aureą zamieszkają w Newton — najwyżej położonym mieście.

Memnon aż urósł i napęczniał, dumny ze swej nowo nabytej rangi. Nie może się doczekać, kiedy nadejdzie godzina przeprowadzki.

— Będziemy naprawdę wpływowymi osobistościami — mówi z uniesieniem do żony — a za dziesięć, piętnaście lat zostaniemy w 158 postaciami legendarnymi. Pierwsi osadnicy. Założyciele. Pionierzy. Za sto lat będą układać o nas ballady.

— A ja nie chciałam odejść — mówi łagodnie Aureą. — Jakie to dziwne pomyśleć, że mogłam zachowywać się w ten sposób!

— Nie można reagować strachem, zanim nie zobaczy się rzeczy takimi, jakie naprawdę są — odpowiada Memnon. — Starożytni myśleli o pięciu miliardach ludzi na świecie jak o katastrofie. Tymczasem dziś mamy piętnaście razy tyle i popatrz, jacy jesteśmy szczęśliwi.

— Bardzo szczęśliwi. I zawsze będziemy, Memnonie.

Wreszcie nadchodzi sygnał. Pod drzwiami zjawiają się automaty, aby ich zabrać. Memnon pokazuje skrzynię z niewielkim dobytkiem. Aureą promienieje. Rozgląda się po dormitorium, zdumiona, jakie jest przeludnione: tyle par ściśniętych na takiej małej powierzchni. W 158 będziemy mieć własną mieszkalnię — przypomina sobie w myślach.

Ci, którzy zostają w dormitorium, ustawiają się w kolejce, by po raz ostatni ich uściskać.

Memnon idzie w ślad za automatami. Aureą podąża za nim. Jadą na lądowisko na tysięcznym piętrze. Minęła już godzina od świtu i promienie letniego słońca padają świetlistymi plamami na czubki wież Chipitts. Akcja przesiedleńcza zaczęła się; szybkoloty zdolne pomieścić stu pasażerów będą przez cały dzień kursować w tę i z powrotem między Monadą 116 a 158.

— No i wyprowadzamy się — mówi Memnon. — Zaczynamy nowe życie. Szczęść boże!

— Szczęść boże! — woła Aureą.

Wchodzą do szybkolotu, który błyskawicznie podrywa się do góry. Pionierzy, mający zaludnić Miastowiec 158, patrzą z zapartym tchem, po raz pierwszy widząc swój świat z wysokości. Wieże są naprawdę piękne, uświadamia sobie Aureą. Błyszczą i ciągną się daleko, wszystkie pięćdziesiąt jeden, niczym krąg włóczni, ustawionych ostrzami ku górze na szerokim zielonym dywanie. Dziewczyna czuje się bardzo szczęśliwa. Memnon nakrywa jej dłoń swoją. Aureą dziwi się, jak kiedykolwiek mogła bać się tego dnia. Żałuje, że nie może przeprosić całego wszechświata za swoją głupotę.

Jej wolna ręka spoczywa lekko w zagłębieniu brzucha, gdzie nareszcie kiełkuje nowe życie. Komórki bezustannie dzielą się i jej maleństwo rośnie. Ustalili, że zostało poczęte wieczorem tego samego dnia, kiedy wróciła z zaleconej przez pocieszyciela kuracji. To prawda, że konflikt sterylizuje — myśli Aureą. Na szczęście wyleczyli ją z trującego negatywnego nastawienia i wreszcie może należycie wypełnić swoje kobiece przeznaczenie.

— Życie w prawie pustym miastowcu — mówi do Memnona — musi być zupełnie inne. Tylko dwieście pięćdziesiąt tysięcy! Ile czasu upłynie, zanim go zapełnimy?

— Dwanaście, może trzynaście lat — odpowiada Memnon. — Jesteśmy wszyscy młodzi, więc nie będzie dużo zgonów. Za to mnóstwo narodzin.

Aurea wybucha śmiechem.

— To dobrze. Nie cierpię, kiedy dom stoi pusty. Głos z głośnika oznajmia:

— Lecimy na południowy wschód. Z tyłu, po lewej stronie, możecie zobaczyć po raz ostatni Monadę 116.

Pasażerowie prostują się, żeby popatrzeć, ale Aurea nie rusza się z miejsca. Miastowiec 116 przestał ją obchodzić.

III

Tego wieczoru występują w Rzymie, w nowym ośrodku fonicznym na 530 piętrze. Dillon Chrimes nie był na tak wysokim poziomie miastowca od tygodni. Ostatnio objeżdżali z kapelą miasta roboli: Reykjavik, Pragę, Warszawę — same doły pełne smoluchów. W końcu im też należy się trochę rozrywki. Dillon mieszka w San Francisco, właściwie też nie za wysoko: 370 piętro — samo serce artystycznego getta. Ale wcale się tym nie przejmuje, bo przecież nie brakuje mu nowości. W ciągu roku jeździ po całej monadzie, z dołu do góry. Fakt, że ostatnimi czasy zalicza same niziny, to tylko statystyczna anomalia. Za to w nadchodzącym miesiącu będzie grał dla publiczności Szanghaju, Chicago i Edynburga. Ach, te wszystkie długonogie ślicznotki, które rozłożą się przed nim po koncercie!

Dillon ma siedemnaście lat. Jest więcej niż średniego wzrostu, a jego jedwabiste blond włosy sięgają aż do ramion; tak jak u wszystkich z orszaku starego Orfeusza. Ma kryształowo błękitne oczy. Uwielbia patrzeć w nie w kręgu wieloogniskowych luster i widzieć, jak krzyżują się ich lodowate sfery. Dillon jest szczęśliwym mężem i — szczęść boże — tatą już trójki maluchów. Jego żona, Elektra, maluje psychodeliczne gobeliny. Czasami, niezbyt często, towarzyszy mu w trasie z zespołem. Ale nie tym razem. Tak w ogóle to spotkał tylko jedną kobietę, która potrafi rozpalić go prawie tak mocno, jak żona. Królewna z Szanghaju, żona pewnego gogusia, który pcha się do Louisville, Mamelon Kluver. Inne dziewczyny w miastowcu to tylko kolejne szparki, ale Mamelon naprawdę kontaktuje. Nigdy nie mówił o niej Elektrze. Zazdrość sterylizuje.

Dillon gra na wibrastarze w kosmokapeli, co czyni go całkiem ważną szyszką.

— Jestem wyjątkowy, jak płynna rzeźba — chwali się czasem.

Prawdę powiedziawszy, w miastowcu jest jeszcze jeden wibrastarowiec, ale bycie jednym z dwu i tak daje niezły status. W całej Monadzie 116 są tylko dwa kosmiczne zespoły, wieża nie może pozwolić sobie na nadmiar estradowych artystów. Dillon nie ma zbyt wysokiego mniemania o konkurencyjnej kapeli, mimo iż jego zdanie opiera się raczej na uprzedzeniu niż własnych doświadczeniach — słyszał ich wszystkiego trzy razy. Chodzą plotki o planie połączenia obu grup na wspólnym, superczadowym megakoncercie, pewnie w Louisville, ale Dillon nie bierze ich na serio. Jak dotąd oba zespoły jeżdżą sobie w oddzielnie zaplanowane trasy, do góry i na dół miastowca, w zależności od tego, jak układają się nastroje. Zazwyczaj dają w mieście pięć występów pod rząd. Tym sposobem wszyscy w takim Bombaju, gdzie czekają na kosmiczne grupy, mogą przyjść na ich koncert w jednym tygodniu, aby potem mieć o czym gadać między sobą. Po takiej serii kapela przenosi się dalej. Nie licząc wieczorów, kiedy nie koncertują, teoretycznie w pół roku robią objazd całego miastowca. Czasem występy się przeciągają. Czy dolne piętra potrzebują dużo chleba i dużo igrzysk? Zdarza się, że kapela czaduje w Warszawie czternaście wieczorów z rzędu. Czy górne piętra lubią się psychicznie odblokować w dobrym stylu? Cóż, i w Chicago zdarza się czasem dwunastodniowa rundka. Sarn zespół też od czasu do czasu wypala się i musi na jakieś dwa tygodnie odpuścić, żeby się podładować. Biorąc to wszystko pod uwagę, jeśli każde miasto chce być na kosmicznym show przynajmniej raz w roku, w trasie muszą być dwie kapele. Teraz, myśli Dillon, została im jeszcze zaplanowana na trzeci tydzień impreza w Bostonie. Jak oni dadzą radę przerobić te wszystkie dziko chętne laski?!

Dillon budzi się w południe. Elektra lojalnie leży przy nim. Dzieciaki, z wyjątkiem gaworzącego w kojcu niemowlaka, już dawno są w szkole. Artyści i estradowcy trzymają się własnego porządku dnia. Żona całuje go w usta. Kaskada płomiennych włosów opada mu na twarz. Czuje, jak jej ręka wędruje w dół i ściska go w kroczu. Opuszki palców dziewczyny pieszczą go swawolnie.

— Kocha — wyśpiewuje Elektra — nie kocha? Kocha? Nie kocha?

— Ty średniowieczna wiedźmo.

— Jesteś taki ładny, jak śpisz, Dillonie. Te długie włosy. Gładka skóra. Prawie jak dziewczyna. Budzisz we mnie Safonę.

— Serio? — Dillon śmieje się i chowa genitalia między szczupłymi udami. Zaciska nogi.

— To załatw mnie! — uwypukla dłonie na piersi tak, by imitowały kobiecy biust. — No już, masz okazję. Ładuj się na pokład i popracuj językiem.

— Głupek. Przestań!

— Uważam, że byłaby ze mnie bardzo ładna dziewczyna.

— Biodra masz do niczego — mówi Elektra i rozkłada jego ściśnięte nogi.

Wyskakuje penis, już na wpół stwardniały. Elektra delikatnie poklepuje go dwoma palcami, aż staje się całkiem sztywny. Ale nie będą się teraz kochać. Dillon rzadko pozwala sobie na to o tej porze dnia, przed czekającym go występem. Poza tym i tak nastrój jest niewłaściwy — za bardzo żartobliwy i lekki. Elektra zeskakuje z platformy sypialnej i kopnięciem w pedał wypuszcza z niej powietrze, mimo iż mąż jeszcze tam leży. Nagły syk. Dillon jest w aseksualnym, psotnym nastroju. Patrzy, jak żona krokiem walca rusza w kierunku spłukiwacza. Jaką ma ładną dupcię, myśli. Taką białą i krągłą. Cudowna, głęboka szczelina. Powabne dołeczki. Zakrada się za nią i schyla, podszczypując bliższy pośladek, ostrożnie, żeby nie został ślad. Wchodzą razem pod spłukiwacz. Niemowlę zaczyna kwilić. Dillon spogląda przez ramię.

— Szczęść boże, szczęść boże, szczęść boże! — podśpiewuje, zaczynając basem, a kończąc falsetem.

Jakie fajne jest życie, myśli. Jak szczęśliwie można żyć. Wciągając na siebie ubranie, Elektra pyta:

— Chcesz dymka?

Piersi osłoniła prześwitującą przepaską. Różane sutki wyglądają jak małe, ślepe oczka. Dillon jest zadowolony, że przestała już karmić; zgoda, cała ta biologia jest strasznie wzruszająca, ale plamki niebieskawo-białego mleka na wszystkim wkurzały go. Niewątpliwie nastawienie godne wykorzenienia. Jak może tak wybrzydzać? Elektra bardzo lubiła karmić. Nadal daje dziecku od czasu do czasu trochę possać, tłumacząc, że to dla jego przyjemności, ale przecież wyschnięty cycek nie jest dla dziecka specjalną atrakcją, dlatego Dillon domyśla się, że chodzi tu o coś innego. Rozgląda się za ubraniem.

— Będziesz dziś malować? — pyta żonę.

— Wieczorem, jak będziesz na koncercie.

— Nie przepracowujesz się ostatnio.

— Nie czuję, jak załapują korzenie.

To jej specjalne powiedzenie. Aby uprawiać swoją sztukę, Elektra musi czuć się złączona korzeniami z Ziemią. Nici wyrastające z samego jądra planety przenikają jej ciało, wpełzają w srom, wślizgują się przez otworki w sutkach, by w końcu szarpnąć nią. Wtedy świat się porusza, a z jej płonącego, rozdętego ciała wyrywają się obrazy. Tak przynajmniej twierdzi, a Dillon nigdy nie kwestionuje słów bratniej artystycznej duszy, zwłaszcza gdy chodzi o jego własną żonę. Podziwia jej twórczość. Małżeństwo z muzyczką z kosmokapeli byłoby wariactwem, chociaż kiedy miał jedenaście lat, chodziło mu to po głowie. Dzielić życie z kometoharfistką. Gdyby to wtedy zrobił, byłby już wdowcem. Precz do zsuwni, precz do zsuwni! Ale z niej była zepsuta nonszalantka. I na dodatek pociągnęła za sobą takiego świetnego inkantatora, Peregruna ConneIly. To mogłem być ja. Mogłem być ja. Nie żeńcie się z kimś z własnej branży, chłopcy; unikniecie niebłogosławiennej zawiści.

— No fumar? — pyta Elektra. Ostatnimi czasy studiuje języki obce. — Por que?

— Wieczorem mam koncert. Nie mogę tak wcześnie, to wysysa galaktyczne soki.

— A ja mogę?

— Nie ma sprawy.

Elektra bierze dymek, zręcznie podważając wieczko sztyletowatym paznokciem wskazującego palca. Jej twarz szybko się rumieni, a źrenice rozszerzają. To jedna z jej cudownych zalet: tak łatwo się podnieca. Wypuszcza mgiełkę oparu na dziecko, które rechocze, podczas gdy pole ochronne kojca buczy, rozpaczliwie próbując oczyścić atmosferę wokół bobasa.

— Grazie mille, mama! — mówi Elektra, jakby naśladowała brzuchomówcę. — E molto bellol E delicioso! Was fur schones We-tter! Quella gioia!

Tańczy po całym pokoju, wyśpiewując urywane zdania w obcych językach, po czym ze śmiechem przewraca się na platformę sypialną. Sukienka z falbankami unosi się; Dillon patrzy na lśniące kasztanowo włosy łonowe i kusi go, żeby wskoczyć na nią mimo wcześniejszych postanowień. W końcu jednak odzyskuje zimną krew i poprzestaje na posłaniu jej całusa. Jakby świadoma biegu jego myśli, Elektra skromnie zwiera uda i okrywa się. Dillon włącza ekran, wybierając kanał z abstrakcjami; ściana eksploduje lawiną deseni.

— Kocham cię — mówi Dillon do żony. — Dostanę coś do jedzenia?

Elektra przynosi mu śniadanie. Potem wychodzi, komunikując, że na to popołudnie ma umówioną wizytę u błogosławiennego. W gruncie rzeczy Dillon cieszy się, że zostaje sam: w tej chwili jej witalność tylko by mu przeszkadzała. Musi wprowadzić się w nastrój odpowiedni do koncertu, a to wymaga paru wyrzeczeń. Po wyjściu żony programuje terminal na drgania pogłosowe. Kiedy parada rezonujących tonów maszeruje mu już pod czaszką, z łatwością wpada w odpowiedni stan ducha. Niemowlę jest cały czas pod niezawodną opieką ochronnego kojca. Dillon bez obawy zostawia je samo, kiedy o czwartej po południu wyjeżdża do Rzymu, aby przygotować się do wieczornego występu.

Szybociąg przenosi go o sto sześćdziesiąt pięter bliżej nieba. Dillon wysiada w Rzymie. Zatłoczone korytarze, spięte fizjonomie. Tutejsi ludzie to przeważnie drobni biurokraci, eszelon miernych urzędasów, którym się nie powiodło; takich, co nigdy nie byli w Louisville, chyba tylko, żeby dostarczyć raport. Są za tępi nawet na Chicago, Szanghaj albo Edynburg. Będą tkwić w swoim szarym, porządnym mieście, zastygli w świętym marazmie, odwalając mechaniczną robotę, którą każdy komputer zrobiłby czterdzieści razy lepiej. Dillon kosmicznie żałuje każdego, kto nie jest artystą, ale Rzymian żal mu chyba najbardziej. Dlatego, że są niczym. Nie umieją zrobić użytku ani z rozumu, ani z ciała. Okaleczone dusze, chodzące zera — już lepiej skończyć w zsuwni. Podczas gdy snuje te rozważania, stojąc na zewnątrz barierki szybociągu, jakiś Rzymianin wpada prosto na niego. Ma około czterdziestki i ani śladu myśli w oczach. Żywy truposz. Załatany truposz.

7