Zamknięty świat | Страница 6 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

W końcu ogłaszają nazwiska wybranych. Głos z ekranu pogodnie obwieszcza:

— Z Chicago, z dormitorium na 735 piętrze wylosowano następujące szczęśliwe pary. Niech bóg obdarzy ich płodnością na nowej drodze życia: Brock, Aylaward i Alison; Feuermann, Sterling i Natasza; Holston, Memnon i Aurea…

Oderwą ją od macierzy. Od wszystkich wspomnień i uczuć, które dają jej tożsamość. Aurea jest przerażona przesiedleniem.

Nie podda się wyborowi.

— Memnonie, odwołaj się! Zrób coś, natychmiast! Napiera na świecącą ścianę dormitorium. Memnon rzuca jej puste spojrzenie. Powiedział już przecież, że nic nie można zrobić, a teraz musi iść do pracy. Wychodzi z dormitorium.

Aurea idzie za nim na korytarz. Poranna bieganina już się zaczęła i zewsząd wylewają się mieszkańcy 735 poziomu Chicago. Aurea szlocha. Przechodnie odwracają od niej oczy. Prawie wszyscy to znajomi, wśród których upłynęło całe jej dotychczasowe życie. Szarpie męża za rękę.

— Nie zostawiaj mnie tak! — szepcze chrapliwie. — Nie możemy pozwolić, żeby wypędzili nas z naszego miastowca!

— Takie jest prawo, Aureo, a ludzie, którzy go nie przestrzegają, kończą w zsuwni. Tego właśnie chcesz? Skończyć jako paliwo dla generatorów?

— Nie pójdę! Memnonie, mieszkałam tu całe życie! Ja…

— Mówisz jak nonszalantka — przerywa Memnon, zniżając głos.

Wciąga żonę z powrotem do dormitorium. Patrząc w górę, Aurea widzi tylko jego przepastne i ciemne nozdrza.

— Weź pigułkę. Czemu nie pójdziesz porozmawiać z piętrowym pocieszycielem? Uspokój się i spróbuj z tym pogodzić.

— Chcę, żebyś się odwołał.

— Nie można się odwołać.

— Ja się nie wyprowadzę.

Memnon chwyta ją za ramiona.

— Pomyśl logicznie, Aureo. Wszystkie miastowce są w zasadzie takie same. Niektórzy z naszych przyjaciół też tam będą. Poznamy nowych ludzi. Będziemy…

— Nie.

— Nie mamy żadnej alternatywy — mówi dalej Memnon. — Oprócz kasacji.

— Wolę już, żeby wrzucili mnie do zsuwni!

Po raz pierwszy, odkąd są małżeństwem, Aurea widzi, jak mąż patrzy na nią z pogardą. Memnon nie może ścierpieć jej braku rozsądku.

— Nie gadaj bzdur — mówi. — Łyknij pigułkę, spotkaj się z pocieszycielem i wszystko sobie przemyśl. Muszę już iść.

Ponownie wychodzi. Tym razem Aurea już za nim nie wybiega. Osuwa się na podłogę, czując na nagiej skórze chłodny dotyk sztucznego tworzywa. Pozostali współlokatorzy taktownie ją ignorują. Przed oczami stają jej obrazy z przeszłości: sala szkolna, jej pierwszy kochanek, rodzice i rodzeństwo; płyną przez pokój, wywołując potoki słonej wilgoci. Aurea przyciska kciuki do oczu. Nie pozwoli się wyrzucić. Stopniowo uspokaja się. Mam własne kontakty, mówi do siebie. Skoro Memnon nic nie zrobi, będę działać za nas dwoje. Zastanawia się, czy kiedykolwiek przebaczy mu jego oczywisty oportunizm. Jego tchórzostwo. Ona się nie podda. Pojedzie odwiedzić wuja.

Zrzuca poranne okrycie i wkłada szary i skromny dziewczęcy płaszczyk. Z kasetki hormonalnej wybiera globulkę, dzięki której będzie wydzielać zapach budzący w mężczyznach opiekuńczość. Wygląda słodko: poważna i dziewicza. Gdyby nie dojrzałe ciało, można by dać jej najwyżej dziesięć, jedenaście lat.

Szybociąg zabiera ją na 975 piętro, do samego serca Louisville.

Wszystko tu jest ze stali i szklanej gąbki. Przestronne, tchnące dostojeństwem korytarze. Nie ma tu tłumów mieszkańców; widywane z rzadka ludzkie postacie wydają się w tym miejscu czymś niestosownym i zbędnym, w przeciwieństwie do bezgłośnych automatów, które prześlizgują się, wypełniając czyjeś nieodgadnione polecenia. Siedziba administratorów boskich planów, zaprojektowana, by wzbudzać lęk i zniewalać; mana, dostępna tylko klasie rządzącej. Jak tu wygodnie. Jak czysto. Wypełnia ją poczucie samowystarczalności tego miejsca. Gdyby oderwać dolne dziewięćdziesiąt procent budowli, Louisville poszybowałoby pogodnie na własną orbitę, dalej opływając we wszystko.

Aurea zatrzymuje się przed błyszczącymi drzwiami, inkrustowanymi przypominającymi morę, falistymi pasami jasnego metalu. Ukryte czujniki poddają ją kontroli, pytają o cel wizyty, oceniają, by ostatecznie skierować do poczekalni. Po pewnym czasie brat jej matki zgadza się ją przyjąć.

Gabinet jest prawie tak duży jak rodzinna mieszkalnia. Administrator siedzi za szerokim, wielobocznym biurkiem, z którego wystaje szereg migoczących ekranów monitorów. Jest ubrany w oficjalny strój urzędnika wysokiej rangi — luźno opadającą szarą tunikę z promieniującymi podczerwienią epoletami. Lekka fala ciepła dochodzi aż do miejsca, gdzie stoi Aurea. Jej wuj jest pełen uprzejmej rezerwy. Jego przystojna twarz ma modną barwę polerowanej miedzi.

— Sporo miesięcy upłynęło od naszego ostatniego spotkania, prawda, Aureo? — wita siostrzenicę, nie umiejąc pozbyć się protekcjonalnego uśmiechu. — Jak się miewasz?

— Dobrze, wujku Lewisie.

— A twój mąż?

— Świetnie.

— Dorobiliście się jakichś pociech? Aurea wybucha:

— Wujku Lewisie, zostaliśmy wylosowani do zasiedlenia nowego miastowca!

Przylepiony uśmieszek ani na chwilę nie schodzi z twarzy zarządcy.

— To wspaniale! Szczęść boże, zaczniecie nowe życie od razu na samym szczycie!

— Nie chcę się przeprowadzać. Pomóż nam się jakoś od tego wykręcić, wszystko jedno jak.

Na chwiejnych nogach rzuca się w jego stronę, cała we łzach, jak przerażone dziecko. Pole siłowe zatrzymuje ją dwa metry od zewnętrznej krawędzi biurka. Uderzenie o niewidzialną przeszkodę boleśnie rozpłaszcza jej piersi. Dziewczyna odwraca głowę i rani się w policzek. Pada na kolana, piszcząc z bólu.

Wuj podchodzi i stawia ją na nogi. Tłumaczy, że musi być dzielna i spełnić powinność, jaką ma wobec boga. Z początku jest opanowany i miły, lecz gdy Aurea zaczyna protestować, jego głos robi się zimny, na granicy irytacji. Niespodziewanie dziewczyna zaczyna czuć się niegodna nawet jego uwagi. Zarządca przypomina jej o obowiązkach wobec społeczności. Delikatnie napomyka, że na tych, co uparcie burzą porządek społeczny, czeka zsuwnia. Po chwili znów się uśmiecha, patrząc lodowato błękitnymi oczami prosto w jej oczy, aby je w końcu pochłonąć. Jeszcze raz powtarza Aurei, że musi być dzielna i pogodzić się z przesiedleniem. Dziewczyna wychodzi, powłócząc nogami. Czuje się zhańbiona przez własną słabość.

W miarę jak z powrotem zanurza się w głąb miastowca poniżej poziomu Louisville, siła oczu i słów wuja słabnie, ustępując miejsca oburzeniu. Może uda się jej znaleźć pomoc gdzie indziej. Przyszłość rozpada się wokół niej, walące się wieże nadziei grzebią ją w tumanach ciemnego, ceglastego kurzu. Od strony jutra wieje ostry wiatr, który kołysze potężnym miastowcem. Aurea wraca do dormitorium i w pośpiechu przebiera się, zmieniając także równowagę hormonalną. Jedna, dwie krople złocistego płynu spływają w dół między sekretne trybiki kobiecej maszynerii gruczołów dokrewnych. Teraz okrywa ją opalizująca siateczka, przez którą raz po raz prześwitują piersi, uda i pośladki. Dziewczyna wydziela woń czystego pożądania. Przekazuje przez terminal prośbę o prywatne spotkanie z Siegmundem Kluverem z Szanghaju. Czekając na odpowiedź, spaceruje po dormitorium. Jeden ze świeżo upieczonych mężów podchodzi do niej z błyszczącymi oczami. Łapie ją za biodra i gestem zaprasza na swoją platformę sypialną.

— Przepraszam — wymrukuje Aurea — ale zaraz muszę wyjść.

Do pewnego stopnia odmowy są dopuszczalne. Młodzieniec wzrusza ramionami i odchodzi. Przystaje jeszcze, rzucając jej pełne pożądania spojrzenie. Po ośmiu minutach nadchodzi wiadomość, że Siegmund zgadza się na spotkanie w jednej z kabin towarzyskich na 790 piętrze. Aurea znów jedzie na górę.

Siegmund ma zabrudzoną twarz. Kieszeń na jego piersi wybrzusza plik służbowych notatek. Wydaje się zły i zniecierpliwiony.

— Czemu zawdzięczam fakt, że odrywasz mnie od pracy? — pyta.

— Pewnie już wiesz, że Memnon i ja zostaliśmy…

— Tak, oczywiście — nadchodzi obcesowa odpowiedź. — Będzie nam z Mamelon przykro stracić takich przyjaciół.

Aurea stara się przybrać prowokującą pozę. Zdaje sobie sprawę, że aby zyskać pomoc Siegmunda, musi zrobić coś więcej niż tylko mu się oddać. Nie tak łatwo jest go poruszyć. Ciała są tutaj łatwo dostępne, za to możliwości kariery nieliczne i łatwe do zaprzepaszczenia. Cel, jaki dziewczyna chce osiągnąć, jest taki trywialny. Ma przeczucie, że w ciągu tych paru chwil, które mają nastąpić, zostanie odrzucona. Mimo to wierzy, że uda jej się jakoś wpłynąć na Siegmunda, sprawić, by po jej wyjściu pożałował i pomógł. Mówi szeptem:

— Pomóż nam wywinąć się od przesiedlenia, Siegmundzie.

— A co ja mogę zrobić?

— Masz układy. Wprowadź jakąś zmianę do programu. Albo poprzyj nasze odwołanie. Wszyscy wiedzą, że pniesz się w górę i masz wysoko postawionych przyjaciół. Na pewno znajdziesz jakiś sposób.

— Na to nie ma sposobu.

— Siegmundzie, proszę.

Aurea podchodzi do niego z ramionami odchylonymi w tył, pozwalając, aby jej sutki sterczały wyzywająco spod siatkowego stroju. To beznadziejne. Jak może oczarować go dwoma różowymi wypustkami zesztywniałego ciała? Oblizuje wargi i zwęża oczy w szparki. Zbyt teatralne. Zaraz będzie się śmiał. Aurea mówi ochrypłym głosem:

— Nie chcesz, żebym została? Naprawdę nie chciałbyś trochę się ze mną pokochać? Wiesz, że zrobię wszystko, jeśli tylko załatwisz nam skreślenie z listy. Wszystko!

Skwapliwie przybliża twarz. Rozdęte nozdrza obiecują niewyobrażalne seksualne rozkosze. Będzie robiła rzeczy, których nikt jeszcze nawet nie wymyślił.

Widzi, jak Siegmund uśmiecha się przez moment i wie już, że się przeceniła. Jej gotowość zamiast podniecić, tylko go rozbawiła. Marszczy twarz. Odwraca się.

— Nie chcesz mnie — mamrocze.

— Aureo, proszę! Żądasz niemożliwości.

Siegmund chwyta ją za ramiona i przyciąga do siebie. Jego ręce wślizgują się pod siateczkę i pieszczą jej ciało. Dziewczyna wie, że on stara się tylko ją pocieszyć, udając pożądanie. Siegmund mówi:

— Gdyby istniał jakikolwiek sposób załatwienia waszej sprawy, pomógłbym. Ale to skończyłoby się tak, że wszyscy wylądowalibyśmy w zsuwni.

Jego palce odnajdują samo jądro jej ciała. Wilgotne i śliskie wbrew niej samej. Aurea już go nie pragnie, nie w tych okolicznościach. Próbuje uwolnić się, skręcając biodra. Te karesy to czysta grzeczność, chce ją wziąć z litości. Dziewczyna wykręca się i sztywnieje.

— Nie — mówi.

W tej samej chwili dociera do niej cala beznadziejność sytuacji; w końcu oddaje mu się tylko dlatego, iż wie, że już nigdy więcej nie będzie miała na to szansy.

* * *

— Siegmund mówił mi, co się dzisiaj zdarzyło. Twój wuj też. Musisz się uspokoić, Aureo — mówi Memnon.

— Niech nas wrzucą do zsuwni, Memnonie.

— Chodźmy razem do pocieszy cielą. Nigdy przedtem nie zachowywałaś się w ten sposób.

— Nigdy przedtem nie czułam się tak zagrożona.

— Dlaczego po prostu nie zaakceptujesz tego? To naprawdę nasza wielka szansa.

— Nie mogę. Nie potrafię.

Opada ciężko do przodu, rozbita i zdruzgotana.

— Weź się w garść — rzuca jej mąż. — Takie marudzenie tylko sterylizuje. Rozchmurz się trochę.

Dziewczyna zdaje się nie zauważać podejmowanych przez męża prób dotarcia do niej. Memnon wzywa automaty, aby zabrały ją do pocieszyciela. Przez całą drogę Aurea czuje miękkie, pomarańczowe i wyściełane gumą poduszaste łapy podtrzymujące ją delikatnie za ramiona. W gabinecie pocieszyciela badają ją i sprawdzają przemianę materii. Pocieszyciel wyciąga z niej całą historię. Jest w podeszłym wieku — z burzą siwych włosów okalających zaróżowioną twarz — uprzejmy, łagodny i na swój sposób znudzony. Aurea zastanawia się, czy za jego słodyczą nie kryje się nienawiść do niej. W końcu słyszy jego słowa:

— Konflikt sterylizuje. Musisz nauczyć się spełniać obowiązki społeczne, tylko wtedy społeczeństwo może się tobą opiekować.

Na koniec zaleca jej terapię.

— Nie chcę terapii — mówi niewyraźnie Aurea. Ale Memnon wyraża zgodę i przychodzą po nią.

— Dokąd mnie zabieracie? — pyta. — Na jak długo?

— Na 780 piętro. Kuracja potrwa około tygodnia.

— Do inżynierów moralnych?

— Tak — słyszy w odpowiedzi.

— Nie do nich. Proszę, tylko nie tam.

— Są bardzo mili. Leczą z kłopotów.

— Oni mnie zmienią.

— Tylko wyleczą. Chodź już. Chodź.

Przez tydzień mieszka w zamkniętej komorze, wypełnionej ciepłą, skrzącą się cieczą. Pływa w niej leniwie, wyobrażając sobie, że ogromny miastowiec jest cudownym piedestałem, na którym ją postawiono. Obrazy odpływają z jej umysłu i wszystko robi się tak rozkosznie zamglone. Mówią do niej przez kanały audio wbudowane w ściany pomieszczenia. Od czasu do czasu widzi oko, przypatrujące się jej przez zwisający z sufitu światłowód optyczny. Drenują z niej całe napięcie i opór. Ósmego dnia przychodzi po nią Memnon. Komora otwiera się i wyciągają ją nagą i mokrą, z pomarszczoną skórą, do której przylgnęły drobniutkie kropelki połyskującej cieczy. Pokój jest pełen obcych mężczyzn. Wszyscy prócz niej są ubrani. Stanie nago przed nimi przypomina sceny ze snu, ale Aurei to nie przeszkadza. Jędrne piersi, płaski brzuch — nie ma się czego wstydzić. Automaty wycierają ją do sucha i ubierają. Memnon prowadzi ją za rękę. Aurea raz po raz uśmiecha się.

— Kocham cię — mówi miękko do męża.

— Szczęść boże — odpowiada Memnon. — Tak bardzo za tobą tęskniłem.

Zbliża się dzień przenosin. Aurea pożegnała się już ze wszystkimi. Miała na to dwa miesiące: najpierw krewni, potem przyjaciele z osiedla, znajomi z całego Chicago, a na końcu Siegmund i Mamelon Kluverowie — jedyni ludzie spoza jej rodzinnego miasta, jakich znała. Jakby przewinęła całą swą przeszłość na przyspieszonej taśmie. Odwiedziła dom rodziców i swoją dawną salę szkolną. Wybrała się nawet na zwiedzanie miastowca, jak gość spoza budowli, żeby po raz ostatni zobaczyć siłownię, rdzeń instalacyjny i stacje przetwarzania.

6