Zamknięty świat | Страница 4 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

Memnon wypuszcza ją z objęć i Aurea odchodzi ciężkim krokiem w głąb pomieszczenia. Ich dormitorium ma kształt długiego i wąskiego pokoju, zbudowanego wokół głównego rdzenia instalacyjnego miastowca. Ściany połyskują mozaiką zmieniających się deseni złota, zieleni i błękitu. Rzędy platform sypialnych, złożonych lub nadmuchanych, zajmują podłogę. Umeblowanie jest proste i funkcjonalne, a światło przesączające się przez podświetloną podłogę i sufit — jasne aż do jaskrawości. We wschodnią ścianę pokoju wbudowano kilka ekranów trzy terminale danych. Jest tu także pięć miejsc do wydalania, trzy do wspólnej rekreacji, dwa punkty ze spłukiwaczami i dwa kąciki prywatności.

Zgodnie z cichym prawem dormitorium ekrany przesłaniające kąciki prywatności nie są nigdy włączane. Cokolwiek ktoś robi, robi to na oczach współmieszkańców. Całkowita wzajem-dostępność to przecież naczelna zasada przetrwania cywilizacji miastowców. Żyjąc we wspólnym dormitorium nie sposób i tym zapomnieć.

Aurea staje przed olbrzymim oknem w zachodnim końcu pomieszczenia i patrzy przed siebie. Słońce zaczyna już zachodzić. Okazały masyw Monady Miejskiej 117 okrywają plamy złocistej czerwieni. Dziewczyna wodzi wzrokiem wzdłuż trzonu gigantycznej wieży, od lądowiska aż po szczyt tysięcznego piętra; potem w dół, do szerokiej talii konstrukcji. Nie może sięgnąć wzrokiem poniżej 400 piętra sąsiadującej budowli — jej rodzinny miastowiec stoi zbyt blisko.

Jak by to było, zastanawia się Aurea, mieszkać w Monadzie 117? Albo w 115,110 czy 140? Całe życie ani razu nie opuściła swojego miastowca. Otaczającą ją przestrzeń, aż po horyzont, spełniają wieże konstelacji Chipitts: pięćdziesiąt kolosalnych, betonowych słupów — wysokich na trzy kilometry odrębnych światów, będących domem dla około ośmiuset tysięcy istot. Ludzie w Miastowcu 117 są tacy sami, jak my — przekonuje samą siebie. Tak samo chodzą i mówią, ubierają się, myślą i kochają. Przecież Miastowiec 117 to nie żaden inny świat. To nasz najbliższy sąsiad. Nie jesteśmy czymś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju. Nie jesteśmy sami.

Ogarnia ją lęk.

— Memnonie — jej głos brzmi ochryple — kiedy zacznie się przesiedlenie, wyślą nas do Monady 158.

Siegmund Kluver jest szczęściarzem. Dzięki płodności jego pozycja w społeczeństwie Miastowca 116 jest bardzo mocna, a wysoki status społeczny sprawia, że może czuć się wolny od jakichkolwiek zagrożeń.

Choć dopiero co skończył czternaście lat, Siegmund jest już ojcem dwójki dzieci: synka imieniem Janus i nowo narodzonej córeczki, Persefony. Młodzieniec mieszka w ładnej, pięć-dziesięciometrowej mieszkalni, położonej na 787 piętrze. Jego specjalność zawodowa to teoria zarządzania miastowcem. Mimo młodego wieku spędza już wiele czasu w Louisville jako konsultant administratorów monady. Chociaż niskiego wzrostu, jest dobrze zbudowany i dość silny. Ma dużą głowę i gęste, kręcone włosy. W dzieciństwie mieszkał w Chicago i był jednym z najlepszych przyjaciół Memnona. Nadal często się spotykają. Fakt, że żyją teraz w różnych miastach, nie przerwał ich przyjaźni.

Towarzyskie spotkania Holstonów i Kluverów mają miejsce zawsze w mieszkalni Siegmunda. Kluyerowie nigdy nie zjeżdżają na dół do Chicago, aby odwiedzić Aureę i Memnona. Siegmund twierdzi, że nie ma to nic wspólnego ze snobizmem.

— Po co mamy siedzieć we czworo w pełnym hałasu dormitorium — mówi — skoro możemy spotkać się w zaciszu mojej mieszkalni?

Jego postawa wydaje się Aurei trochę podejrzana. Mieszkańcy monad nie powinni przecież przywiązywać takiej wagi do prywatności. Może po prostu wspólne dormitorium to dla Siegmunda Kluvera za niskie progi?

Kiedyś mieszkał tu tak samo jak Aurea i Memnon. Dwa lata temu, kiedy cała czwórka była świeżo po ślubie. W tych odległych dniach Aurea kilka razy kochała się z Siegmundem. Pochlebiało jej to. Później żona Siegmunda szybko zaszła w ciążę i Kluverowie mogli ubiegać się o własną mieszkalnię, a osiągnięcia chłopaka w karierze zawodowej uprawniały ich do szukania domostwa w Szanghaju. Odkąd wyprowadził się ze wspólnego dormitorium, nigdy więcej nie dzielił z Aurea platformy sypialnej. Smuci ją to, bo lubiła jego pieszczoty, lecz przecież niewiele może zrobić, by coś zmienić. Szansa, że przyjdzie do niej w porze lunatykowania, jest bardzo mała. Kontakty seksualne między mieszkańcami różnych miast uważa się za niestosowne, a Siegmund przestrzega konwenansów. Może przyjść mu ochota na lunatykowanie w miastach powyżej własnego piętra, ale mało prawdopodobne, aby zapuścił się gdzieś niżej.

Poza tym dzisiejszy Siegmund jest przeznaczony do wyższych celów. Memnon mówi, że zanim jego przyjaciel skończy siedemnaście lat, będzie nie tylko specjalistą od teorii zarządzania, ale sam zostanie administratorem i przeniesie się do dumnego Louisville. Już teraz spędza mnóstwo czasu z zarządcami monady. I ich żonami, jak głosi plotka.

Siegmund jest cudownym gospodarzem. W jego mieszkalni jest przytulnie i miło. Dwie ściany połyskują kasetonami zrobionymi z jednego z tych nowych ozdobnych materiałów, emitujących delikatne dźwięki, dopasowane do wzoru spektralnego wybranego przez właściciela. Na dzisiejszy wieczór Siegmund ściemnił kasetony prawie do ultrafioletu, któremu towarzyszą tony bliskie górnej granicy słyszalności: kombinacja działająca na zmysły przez wyostrzenie i wyczulenie ich do maksimum, śmiała i podniecająca. Siegmund ma także doskonały gust, jeśli chodzi o ustawianie szczelin zapachowych mieszkalni: powietrze wypełnia woń jaśminu i hiacyntu.

— Trochę dygotu? — proponuje. — Świeża dostawa z Wenus. Naprawdę błogosławienny.

Aurea i Memnon przytakują z uśmiechem. Siegmund napełnia dużą, żłobioną czarę ze srebra kosztownym, skrzącym się płynem i stawia ją na stołopodeście. Jedno wciśnięcie pedału podłodze i blat podnosi się na wysokość półtora metra.

— Mamelon? — pyta Siegmund. — Przyłączysz się do nas?

Żona Siegmunda wkłada niemowlę do kojca ochronnego przy platformie sypialnej i przeszedłszy przez pokój dołącza do towarzystwa. Mamelon Kluver jest dość wysoka, o ciemnej karnacji i ciemnych włosach, pięknych i zadbanych mimo pozornego nieładu. Ma wysokie czoło, wydatne kości policzkowe i ostro zarysowany podbródek. Szeroko otwarte oczy, błyszczące i czujne, wydają się niemal za duże i wyraźnie dominują w jej jasnej i wąskiej twarzy. Delikatne piękno Mamelon sprawia, że Aurea czuje się boleśnie świadoma wszystkich słabych stron własnej urody: zadartego nosa, zaokrąglonych policzków, pełnych ust i jasnych piegów rozsypanych na śniadej skórze. Niespełna szesnastoletnia Mamelon jest najstarsza w ich gronie. Ma piersi nabrzmiałe od mleka — jest dopiero jedenaście dni po połogu i karmi. Aurea nie zna żadnej innej kobiety, która zdecydowałaby się karmić piersią, ale Mamelon zawsze była inna. Wciąż trochę przeraża Aureę, taka chłodna, opanowana i dojrzała. I namiętna. Kiedy Aurea miała dwanaście lat i była świeżo po ślubie, raz po raz budziła się, słysząc okrzyki rozkoszy Mamelon, rozlegające się w całym dormitorium.

W tej chwili Mamelon pochyla się lekko, przytykając usta do czary z dygotem. Cała czwórka pije jednocześnie. Maleńkie bąbelki tańczą Aurei na wargach. Silny aromat napoju sprawia, że kręci jej się w głowie. Patrzy na dno czary i widzi powstające i rozpadające się abstrakcyjne formy. Odlotyna działa lekko upajająco i halucynogennie, poza tym wyostrza wzrok i wycisza wewnętrzny niepokój. Pochodzi z piżmowych, bagiennych nizin na Wenus. Napój podany przez Siegmunda zawiera miliardy obcych mikroorganizmów fermentujących i mnożących się nawet w trakcie trawienia i przyswajania. Aurea czuje, jak ich komórki rozchodzą się po całym ciele, biorąc w posiadanie jej płuca, wątrobę i jajniki. Sprawiają, że wilgotnieją jej usta; odgradzają od wszystkich trosk. Cały wzlot jest równocześnie kresem; po kilku chwilach dziewczyna wynurza się ze swoich wizji, wypełniona spokojem i rezygnacją. Ogarnia ją sztuczne poczucie szczęścia, podczas gdy pod powiekami rozchodzą się i nikną ostatnie barwne kręgi.

Po ceremonii picia zaczynają rozmawiać. Siegmund dyskutuje z Memnonem o wydarzeniach na świecie: nowych miastowcach, statystykach produkcji rolnej, plotkach o rozszerzającej się strefie nie zurbanizowanego życia poza osiedlami i tym podobnych sprawach. Tymczasem Mamelon pokazuje Aurei niemowlę. Leżąca w kojcu dziewczynka ślini się, kwiląc i gaworząc.

— To pewnie ulga, że nie musisz już chodzić z brzuchem — odzywa się Aurea.

— Tak, miło znów widzieć własne stopy — przyznaje Mamelon.

— Czy ciąża bardzo męczy?

— Ma swoje dokuczliwe strony.

— Na przykład: rozciągnięcie. Jak kobieta może wytrzymać taka nadęta? Jakby skóra miała lada moment pęknąć? — wzdryga się Aurea. — Wszystko w środku takie ściśnięte, nerki wtłoczone w żebra — właśnie tak to sobie wyobrażam. Wybacz, chyba trochę przesadzam. To znaczy… tak naprawdę, to nie wiem.

— Nie jest tak strasznie — mówi Mamelon — chociaż oczywiście czujesz się inaczej i doświadczasz paru niewygód. Ale są też jaśniejsze strony. Sam poród…

— Bardzo boli? — przerywa Aurea. — Wyobrażam sobie, że okropnie. Coś tak dużego rozrywa twoje ciało i przeciska się rzeź twoją…

— To cudownie przyjemne. Pobudza cały system nerwowy. Wychodzenie dziecka przypomina uczucie, kiedy wchodzi w ciebie mężczyzna, tylko jest dwadzieścia razy intensywniejsze. Tego się nie da opisać. Musisz sama przeżyć.

— Chciałabym — odpowiada Aurea, przybita, szukając w sobie strzępków dygotowych doznań — ucieczki przed smutkiem.

Wsuwa rękę do kojca, aby dotknąć dziecka Mamelon. Silny strumień jonów oczyszcza jej skórę, zanim ta zetknie się z miękkim policzkiem malutkiej Persefony.

— Szczęść boże — mówi Aurea — tak bardzo chciałabym spełnić macierzyński obowiązek! Medycy twierdzą, że oboje jesteśmy zdrowi, a jednak…

— Musisz być cierpliwa, kochanie — Mamelon obejmuje ją delikatnie. — Szczęść boże, twój czas na pewno przyjdzie.

Aurea jest pełna wątpliwości. Od dwudziestu miesięcy bada swój płaski brzuch w nadziei, że dostrzeże jakieś oznaki pęcznienia. Przecież wie, jakie to błogosławienne dawać nowe życie. Gdyby wszystkie były takie bezpłodne jak ona, kto zaludniałby miastowce? Poraża ją nagła i straszliwa wizja gigantycznych wież prawie zupełnie wyludnionych, zamkniętych miast o pękających murach, pozbawionych energii, z garstką zasuszonych staruszek snujących się po korytarzach, które kiedyś wypełniały tłumy szczęśliwych mieszkańców.

Jedna obsesja przywodzi na myśl drugą. Przerywając mężczyznom pogawędkę, Aurea zwraca się do Siegmunda:

— Czy to prawda, że niedługo otworzą Monadę 158?

— Tak słyszałem.

— Jaka ona będzie?

— Przypuszczam, że taka sama jak 116. Tysiąc pięter, podobne urządzenia. Myślę, że na początku na każde piętro przypadnie jakieś siedemdziesiąt rodzin, razem około 250 tysięcy mieszkańców, ale na pewno szybko osiągną przeciętny poziom zaludnienia.

Aurea nerwowo zaciska dłonie.

— Ilu ludzi przesiedlą, Siegmundzie?

— Nie mam zielonego pojęcia.

— Ale część mieszkańców naszej monady będzie musiała odejść, prawda?

Memnon wtrąca się łagodnie:

— Pomówmy o czymś przyjemniejszym, Aureo.

— Część zostanie wysiedlona — obstaje przy swoim dziewczyna. — Powiedz, Siegmundzie. Przecież tyle czasu spędzasz administratorami w Louisville. Ilu?

Siegmund wybucha śmiechem.

— Naprawdę, Aureo, masz zbyt wysokie mniemanie o mojej pozycji w miastowcu. Nikt nie pisnął mi nawet słówka o tym, jaki sposób będą zasiedlać Monadę 158.

— Przecież jesteś zorientowany w tych sprawach, możesz przewidzieć przybliżone dane.

— Cóż, pewnie.

Siegmund jest zupełnie opanowany. Temat, na który zeszła rozmowa, obchodzi go wyłącznie od strony teoretycznej. Wydaje się całkiem nieświadomy przyczyny poruszenia Aurei.

— Naturalnie, jeśli chcemy spełniać nasz obowiązek wobec boga płodząc nowe życie — wyjaśnia — musimy mieć pewność, że nikomu nie zabraknie przestrzeni życiowej.

Sięga ręką po niesforny kosmyk włosów, aby odgarnąć go sprzed twarzy. Oczy mu płoną: uwielbia wygłaszać pogadanki.

— Stale budujemy nowe miastowce i oczywiście, kiedy w konstelacji Chipitts przybywa monada, zaludnia się ją przesiedleńcami z innych. Rozwiązanie dobrze uzasadnione genetycznie. Chociaż miastowce mają wystarczająco duże populacje, żeby zapewnić odpowiednie mieszanie genów, nasz tradycyjny podział każdej budowli na miasta i osiedla prowadzi do zwężenia puli dostępnej informacji genetycznej, co na dłuższą metę nie jest zdrowe dla gatunku. Natomiast jeśli weźmiemy po pięć tysięcy ludzi ze wszystkich pięćdziesięciu monad wymieszamy ich, osiedlając w nowym miastowcu, stworzymy świeżą, nie istniejącą dotąd mieszankę cech, złożoną z 250 tysięcy jednostek. Prawdę mówiąc, to właśnie rozładowywanie presji populacyjnej jest najważniejszym powodem, dla którego budujemy nowe miastowce.

— Trochę mniej naukowo — prosi Memnon. Siegmund szczerzy zęby w uśmiechu.

— Właśnie tak się rzeczy mają. Jasne, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę kulturowy imperatyw, który każe nam bezustannie się rozmnażać. To naturalne, odkąd nie trzeba łamać sobie głowy, gdzie pomieścić tych wszystkich ludzi. Ale nawet w naszym świecie musimy wszystko porządnie planować. Przewaga liczby urodzin nad zgonami wygląda na stałą tendencję. Każdą monadę zaprojektowano, żeby mogła wygodnie pomieścić 800 tysięcy mieszkańców, z zapasem miejsca dla jakichś stu tysięcy, ale nie więcej. Dziś wszystkie miastowce konstelacji Chipitts liczące sobie ponad dwadzieścia lat mają co najmniej po 10 tysięcy ludzi powyżej tej normy, a kilka młodszych wież szybko je dogania. U nas, w 116, nie jest jeszcze tak źle, ale sami wiecie, że powstają ogniska zapalne. Chicago, na przykład, liczy 38 tysięcy…

— Dokładnie 37 402 dziś rano — uściśla Aurea.

4