Zamknięty świat | Страница 18 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Witamy na przyjęciu. Powiedz tylko, jaki odurzacz, a na pewno się znajdzie. Dygot, ćmaga, milirozwlekacz, multiplekser — czego tylko dusza zapragnie.

Przyjęcie? Zwyczajne przyjęcie?

— Przyniosłem ten raport o proporcjach płci. Materiały historyczne, socjokomputacja…

— Do diabła z tym, Siegmundzie. Nie psuj zabawy. Zabawa?

Podchodzi do niego Rhea. Ma mętny wzrok i chwieje się na nogach — najwyraźniej pod wpływem odlotyny. Ale jej błyskotliwa inteligencja przebija nawet przez narkotyczne zamroczenie.

— Zapomniałeś, co ci mówiłam. Więcej luzu, Siegmundzie — szepcze, całując go w czubek nosa.

Odbiera od niego raport i kładzie go na biurku Freehouse'a. Przeciąga dłońmi po policzkach młodzieńca. Ma wilgotne palce. Siegmund nie zdziwiłby się, gdyby zostawiła mu na twarzy mokre plamy. Wino. Krew. Albo jeszcze coś innego.

— Wszystkiego najlepszego w Dniu Fizycznego Spełnienia — mówi do niego. — Właśnie świętujemy. Jeśli chcesz, możesz mieć mnie, którąś z dziewcząt, Paola — kogo tylko zapragniesz.

— Chichocze. — Nawet mojego ojca. Nigdy nie miałeś ochoty pokryć Nissima Shawke'a? Rób, co ci się żywnie podoba, tylko przestań być takim ponurakiem.

— Przyszedłem oddać twojemu ojcu ważny dokument i…

— Och, wrzuć go do gniazda dostępu — mówi Rhea i zostawia go, wyraźnie zdegustowana.

Dzień Fizycznego Spełnienia. Zupełnie zapomniał. Za parę godzin rozpocznie się feta i powinien być wtedy z Mamelon. Ale jest tutaj. Wypada mu wyjść? Patrzą na niego. Ukryć się gdzieś. Dać nura pod falujący, zmysłoczuły dywan. Nie psuj zabawy. Jego umysł wciąż jeszcze wypełnia treść sprawozdania, nad którym siedział rano.

Należy wziąć pod uwagę, że losowe bądź czysto biologiczne oznaczenie płci płodów prowadzi zwykle do statystycznie przewidywalnego podziału, dającego w efekcie stosunkowo prawidłowe proporcje między… Wyeliminowanie czynnika przypadku rodzi zagrożenie, iż… Historia dawnego miasta Tokio z okresu między 1987 a 1996 rokiem uczy, że odnotowany spadek liczby narodzin noworodków płci żeńskiej, wywołany przez czynnik przypadkowości niemal… Ryzyko zagrożenia nie znajduje przeciwwagi w… Dlatego też wskazane jest, aby…

Rozglądając się uważniej, Siegmund widzi, że cała ta feta to właściwie orgia. Bywał już na takich imprezach, ale nigdy z udziałem tak wysoko postawionych. Powietrze zgęstniałe od oparów. Golutki Monroe Stevis. Przeplataniec bujnych dziewczęcych ciał.

— Nie stój tak — dudni głos Kipłinga Freehouse'a. — Baw się, Siegmundzie. Wybierz sobie jakąś. Którą chcesz!

Śmiechy. Swawolny podlotek wciska mu w rękę kapsułkę. Siegmund drży i pastylka spada na ziemię. Inna dziewczyna natychmiast łapie ją i połyka. Gości ciągle przybywa. Na każdym kolanie pełnego godności i elegancji Lewisa Holstona usadowiła się panienka; trzecia klęczy tuż przed nim.

— Naprawdę, Siegmundzie? — pyta Nissim Shawke. — Nie masz ochoty na nic? Biedaku. Jeśli chcesz mieszkać w Louisville, musisz umieć bawić się tak samo dobrze jak pracować.

Egzaminują go. Badają, czy będzie do nich pasował: nadaje się, aby dołączyć do elity, czy też ma zostać zwykłym wołem roboczym, urzędasem pośledniej klasy? Siegmund już widzi się na zsyłce w Rzymie. Ambicja bierze górę. Skoro umiejętność zabawy ma zapewnić mu miejsce pośród notabli, będzie się bawił. Szczerzy zęby w uśmiechu.

— Chętnie zażyję trochę dygotu — mówi.

Lepiej nie eksperymentować z czymś, czego nie zna.

— Dygot, już się robi!

Mówi się: trudno. Złotowłosa nimfetka podaje mu czarkę z dygotem. Siegmund pociąga łyk, szczypie ją i znowu pije. Musujący napój łaskocze mu gardło. Trzeci haust. Nie żałuj sobie, to oni płacą! Zachęcają go okrzykami. Rhea kiwa głową z aprobatą. Po całym pokoju walają się porzucone części garderoby. Rozrywki panów. Musi tu być jakieś pół setki ludzi. Ktoś klepie go w plecy. Kipling Freehouse. Rozkrzyczany i hałaśliwie serdeczny.

— Dajesz sobie radę, chłopcze! A już się o ciebie martwiłem! Taki poważny, taki przejęty! Same zalety, ale to nie wystarczy. Pojmujesz, co mam na myśli? Trzeba jeszcze szczypty wesołego usposobienia. Co ty na to?

— Oczywiście, sir. Rozumiem to dobrze, sir.

Siegmund nurkuje w stos ciał. Piersi, uda, pośladki, języki. Piżmowe kobiece zapachy. Fontanna doznań. Ktoś wkłada mu coś do ust. Siegmund przełyka; chwilę później czuje, jak tył jego czaszki unosi się do góry. Śmiech. Ktoś go całuje. Napastniczka przypiera go do dywanu. Siegmund sięga po omacku i trafia na drobne, twarde piersi. Rhea? Zgadł. Jej mąż Paolo przysuwa się do niego z drugiej strony. Muzyka gra ogłuszająco. W plątaninie ciał Siegmund zauważa, że pieści tę samą dziewczynę, co Nissim Shawke. Zarządca mruga do niego chłodno i krzywi twarz w lodowatym uśmiechu. Sprawdza, czy Siegmund potrafi czerpać przyjemność. Wszyscy go obserwują, chcąc się przekonać, czy jest dość dekadencki, by zasłużyć na przyjęcie do ich grona. Przestań się hamować! Do diabła z ostrożnością!

Nagle czuje potrzebę, aby zaszaleć na całego. Tak dużo od tego zależy. Pod nim są 974 wspaniałe piętra miastowca, lecz jeśli chce zostać tu, na szczycie, musi pokazać, że umie się bawić. Jest rozczarowany, że poznał administratorów od tej strony. Tacy wulgarni i pospolici — tani hedonizm klasy rządzącej. Jak książęta Florencji, paryscy grandowie, ród Borgiów albo pijani bojarzy. Nie mogąc pogodzić się z takim ich wizerunkiem, Siegmund tworzy iluzję: zaaranżowali tę hulankę wyłącznie po to, by sprawdzić jego charakter, dowiedzieć się, czy rzeczywiście nadaje się tylko na nędzne popychadło, czy też ma horyzonty dość szerokie, aby zostać rezydentem Louisville. Tylko dureń uwierzyłby, że zarządcy naprawdę marnują swój bezcenny czas na narkotyczne balangi i orgie. Pokazują po prostu, że nie jest im obce nic, co ludzkie, że umieją cieszyć się życiem, oddając się z równym zapałem przyjemności, co pracy. Jeśli chce być jednym z nich, musi wykazać się taką samą werwą i wszechstronnością. Zrobi to. Udowodni im.

Jego uskrzydlony umysł wiruje, poddawany falom sprzecznych chemicznych impulsów.

— Zaśpiewajmy! — wrzeszczy rozpaczliwie. — Wszyscy śpiewają!

Wyrykuje słowa piosenki:

Lunatykujesz u mnie nocą ciemną Pręży się dumnie twoje berto Kładziesz się chętny u mego boku Chcesz, abym szybko czuła je w kroku…

Śpiewają razem z nim. Siegmund nie słyszy własnego głosu. Za to widzi wpatrujące się w niego ciemne oczy.

— Szczęść boże — szemrze falująca postać wysokiej donny. — Uroczy jesteś. Słynny Siegmund Kluver.

Odbija jej się bąbelkami dygotu.

— Chyba już się gdzieś spotkaliśmy.

— Wydaje mi się, że tylko raz: w gabinecie Nissima. Scylla Shawke.

Żona wielkiego człowieka. Jej piękność go onieśmiela. Jest taka młoda. Naprawdę młoda. Nie ma więcej niż dwadzieścia pięć lat. Plotka głosi, że pierwsza żona Shawke'a, matka Rhei, skończyła jako nonszalantka w zsuwni. Kiedyś pofatyguje się i sprawdzi, czy to prawda. Scylla Shawke wciska się blisko niego. Jej miękkie krucze włosy są tuż nad jego twarzą. Siegmund jest prawie sparaliżowany strachem. Jakie mogą być konsekwencje? Czy wolno mu posunąć się tak daleko? Lekkomyślnie przygarnia ją, nurkując dłonią pod tunikę. Kobieta wyraźnie współdziała. Pełne i ciepłe piersi. Miękkie, wilgotne wargi. Ma nie zdać egzaminu przez nadmiar rozpasania? Nieważne. Nie przejmuj się. Wszystkiego najlepszego w Dniu Fizycznego Spełnienia! Ciało Scylli przywiera mocno do jego ciała i Siegmund ze zdumieniem uświadamia sobie, że mógłby pokryć ją tu i teraz, pośród falującej ciżby najwyższych dostojników, na podłodze ogromniastego gabinetu Kiplinga Freehouse'a. Za dużo tego dobrego — i za szybko. Uwalnia się z jej objęć. W oczach kobiety widać krótki błysk wyrzutu i rozczarowania jego odwrotem. Siegmund przekręca się w drugą stronę: Rhea.

— Czemu jej nie pokryłeś? — pyta go szeptem.

— Nie mogłem — ledwo zdąża odpowiedzieć Siegmund. Jakaś dziewczyna klęka tuż przed nim i, zmuszając go, by usiadł, wlewa mu w gardło coś lepko-słodkiego. Wiruje mu pod czaszką.

— Popełniłeś błąd — mówi znów Rhea. — Sami ci ją podsunęli.

Jej słowa pękają, a ich kawałki wylatują pod sufit na wszystkie strony i dryfują w powietrzu po całym pokoju. Coś dziwnego stało się też ze światłem: zrobiło się pryzmatyczne, a ze wszystkich równych powierzchni sączy się niesamowity blask. Siegmund czołga się przez zgiełkliwą czeredę w poszukiwaniu Scylli Shawke. Zamiast niej natyka się na Nissima.

— Pomówmy o chicagowskiej petycji — zwraca się do niego administrator.

Wiele godzin później, gdy w końcu dociera do domu, zastaje Mamelon krążącą ponuro po pokoju.

— Gdzie się podziewałeś? — pyta stanowczo. — Dzień Fizycznego Spełnienia już się prawie skończył. Szukałam cię przez gniazdo dostępu, rozesłałam poszukiwacze po całym miastowcu, dzwoniłam do…

— Byłem w Louisville — odpowiada Siegmund. — Na przyjęciu u Kiplinga Freehouse'a.

Mijając żonę, potyka się i zwala twarzą w dół na platformę sypialną. Wpierw słychać tylko szloch, potem pojawiają się łzy i nie zanosi się, by przestały płynąć przed końcem Dnia Fizycznego Spełnienia.

VI

Dziewiąta Brygada Obsługi Interfejsu pracuje w wąskim i wysokim pasie mrocznej przestrzeni, ciągnącym się wzdłuż rdzenia instalacyjnego Monady 116 między 700 a 730 piętrem. Mimo że działają na dość znacznym obszarze, ich zasadnicze miejsce pracy ma głębokość niewiele ponad pięć metrów: przyciasna koperta, przez którą filtry ssące wyłapują drobiny kurzu. Dziesięciu konserwatorów brygady tkwi w niej, upchniętych między zewnętrzną warstwą sektorów mieszkalnych i handlowych miastowca a jego ukrytym sercem — mieszczącym w sobie komputery rdzeniem instalacyjnym, niczym nadzienie gigantycznej kanapki.

Konserwatorzy rzadko zaglądają do samego rdzenia. Pracują na jego obrzeżach, sprawując kontrolę nad pnącą się ku górze ścianą, która podtrzymuje węzły dostępu sieci głównego komputera budowli. Na każdym węźle migoczą słabo zielone i żółte lampki, nieprzerwanie przekazując informacje o sprawności niewidzialnych mechanizmów. Dziewiąta Brygada Obsługi Interfejsu jest ostateczną instancją wspierającą zespoły samoregulujących się urządzeń, które nadzurują pracę komputerów. Ilekroć przeładowanie sieci powoduje, że jakaś płytka w systemie kontrolnym obluzuje się, monterzy prędko mocują ją na miejscu, tak by mogła sprostać obciążeniu. Praca sama w sobie dość prosta, ale niezbędna dla prawidłowego funkcjonowania całego miejskiego kolosa.

Codziennie o pół do pierwszej, kiedy zaczyna się ich zmiana, Michael Statler razem z dziewięcioma pozostałymi członkami brygady wpełza przez luk przesłonowy na 700 piętrze w Edynburgu, przeciskając się przez wieczny mrok tunelu Interfejsu, by dojść na swoje konserwatorskie stanowisko. Następnie automatyczne fotele zawożą każdego z nich na wyznaczony poziom: Michael zaczyna zwykle od sprawdzenia węzłów między 709 a 712 piętrem. Przez resztę zmiany jeżdżą w górę i w dół Interfejsu, wszędzie tam, gdzie wystąpią usterki.

Michael ma dwadzieścia trzy lata. Od jedenastu pracuje jako konserwator komputerowy w tej brygadzie i wszystkie prace, jakie wykonuje, są już dla niego czystą rutyną: stał się po prostu przedłużeniem całego systemu urządzeń. Sunąc w tę i z powrotem po złączu, podładowuje lub drenuje układy; zwiera, bocznikuje, rozdziela albo łączy, w zależności od potrzeb komputera, który obsługuje. Wszystkie czynności wykonuje z chłodną, bezmyślną precyzją, działając wyłącznie na zasadzie odruchów, i nie ma w tym nic karygodnego, bowiem od montera nie wymaga się myślenia — wystarczy prawidłowość działania. W piątym wieku techniki komputerowej mózg ludzki, z uwagi na swą wysoką pojemność informacyjną w przeliczeniu na centymetr sześcienny, wciąż jeszcze jest w cenie. Dobrze wyszkolona dziesięcioosobowa brygada obsługi interfejsu jest w praktyce dziesiątką takich organicznie wyhodowanych komputerowych cacek, przyłączonych do głównego zespołu. Tak więc, śledząc zmiany migoczących światełek, Michael mechanicznie reguluje wszystko, co potrzeba, a jego nie obciążone ośrodki mózgowe mogą zająć się całkiem innymi sprawami.

Podczas pracy spędza mnóstwo czasu na snuciu przeróżnych fantazji.

Marzy o wszystkich tych przedziwnych miejscach położonych na zewnątrz Monady Miejskiej 116, które zna tylko z ekranu. Oboje ze Stacion są prawdziwymi telemaniakami i prawie nigdy nie zdarza im się opuścić któregokolwiek z programów podróżniczych. Wędrówki po dawnym, przedmonadalnym świecie; relikty historii, zasypane piachem ruiny. Jerozolima, Stambuł, Rzym. Tadż Mahal. Kikuty drapaczy chmur Nowego Jorku. Dachy londyńskich domów wystające ponad morskie fale. Te wszystkie nieznane, dziwaczne i romantyczne zakątki, tak dalekie od szczelnych ścian miastowca. Krater Wezuwiusza. Gejzery parku Yellowstone. Afrykańskie równiny. Wysepki Południowego Pacyfiku. Sahara. Biegun Północny. Wiedeń. Kopenhaga. Moskwa. Angkor Wat. Piramida Cheopsa i Sfinks. Wielki Kanion. Chichen Itza. Amazońska dżungla. Wielki Mur Chiński.

Czy cokolwiek z tego jeszcze istnieje?

Michael nie ma pojęcia. Większość miejsc, które pokazują na ekranie, istniało przed stu laty albo jeszcze dawniej. Wie, że ekspansja cywilizacji monadalnej wymagała zburzenia znacznej części antycznego świata, zrównania z ziemią kulturowej przeszłości. Oczywiście wszystko zostało starannie, trójwymiarowo zarejestrowane. A potem starte na proch. Smużka siwego dymu, kurz kruszonego kamienia — wysuszający nozdrza, gorzki. I nie ma. Z pewnością zachowali słynne pomniki ludzkości. Nie było potrzeby rozłupywać Piramid, by zrobić miejsce paru nowym miastowcom. Lecz wszystkie te rozrośnięte kolosy — dawne miasta — musiały zostać uprzątnięte. Dziś ludzie żyją tu, w konstelacji Chipitts. Michael pamięta, jak jego szwagier, Jason Quevedo, który jest historykiem, mówił kiedyś, że dawniej istniały dwa miasta wyznaczające północny i południowy kraniec konstelacji, Chicago i Pittsburgh, pomiędzy którymi ciągnęło się nieprzerwanie pasmo miejskich osiedli. Co się z nimi stało? Michael wie, że nie został po nich ślad. Teraz wzdłuż tego samego pasa sterczy dumnie pięćdziesiąt jeden wież konstelacji Chipitts. Wszystko starannie zaplanowano. Pożeramy własną przeszłość, wydalając miastowce. Biedny Jason, pewnie tęskni trochę za starym światem. Podobnie jak ja. Dokładnie tak samo.

18