Zamknięty świat | Страница 15 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Poczęstować cię czymś?

— Nie, dziękuję.

— Chcesz o tym porozmawiać?

— Nie, nie.

Znów odwraca oczy od jej ciała. Rozgląda się za swoimi rzeczami. Mamelon nie uważa za stosowne się ubrać.

— Pójdę już — mówi Quevedo.

— Zajrzyj jeszcze kiedyś, ale lepiej w porze normalnego lunatykowania. To nie znaczy, że mam coś przeciwko twoim odwiedzinom za dnia, ale może w nocy bylibyśmy bardziej odprężeni. Słuchasz mnie, Jasonie?

Jest tak przerażająco zdawkowa. Nie wie, że pierwszy raz krył kobietę z rodzinnego miasta? A gdyby powiedział jej, że wszystkie jego przygody miały miejsce w Warszawie, Reykjaviku, Pradze czy innych miastach smoluchów? Dziwi się, czego tak się bał. Przyjdzie jeszcze do niej, to pewne. Teraz ulatnia się, prezentując całą gamę uśmieszków, mrugnięć i kiwnięć głową, wśród których przemyca ukradkowe spojrzenia wprost na nią. Mamelon posyła mu całusa.

Wreszcie na korytarzu. Nadal jest wczesne popołudnie — jeśli wróci do domu na czas, cała ta eskapada straci swój sens. Zjeżdża szybociągiem do gabinetu i przez dwie godziny zbija bąki. Jeszcze za wcześnie. Wracając do Szanghaju, trochę po szóstej, wstępuje do Hali Fizycznego Spełnienia, gdzie aplikuje sobie zmysłołaźnię. Ciepłe, falujące prądy koją, ale Jason źle reaguje na rozchodzące się z dołu psychodeliczne wibracje i jego umysł wypełnia się wizjami zburzonych, ciemnych miastowców, z których zostały tylko sterczące dźwigary i przechylone kawały betonu. Kiedy dociera w końcu do domu, jest dwadzieścia po siódmej. Ekran w przebieralni reaguje na jego bioprądy:

— Jasonie Quevedo, szuka cię twoja żona.

Spóźnił się na kolację. Świetnie. Niech się ta dziwka skręca. Kiwa głową ekranowi i ponownie wychodzi. Przez niecałą godzinę włóczy się po korytarzach między 770 a 792 piętrem, aż w końcu wysiada na swoim własnym i idzie do domu. Korytarzowy ekran blisko rdzenia instalacyjnego jeszcze raz informuje, że szukały go poszukiwacze.

— Idę już, idę — mruczy z irytacją.

Micaela sprawia wrażenie zmartwionej aż miło.

— Gdzieś ty był? — rzuca, gdy tylko Jason się pokazuje.

— Och, łaziłem po okolicy.

— Nie było cię w gabinecie. Sprawdzałam. Zawiadomiłam poszukiwacze.

— Zupełnie jakbym był zgubionym chłopcem.

— To do ciebie niepodobne. Nigdy tak po prostu nie znikałeś po południu.

— Jadłaś już kolację?

— Czekałam — odpowiada kwaśno.

— No to siadajmy. Umieram z głodu.

— Żadnych wyjaśnień?

— Później — Jason bardzo się stara być tajemniczy. Ledwo zauważa potrawy. Po posiłku jak zwykle bawi się z dziećmi, póki nie nadchodzi pora ich snu. Układając w głowie, co powiedzieć żonie, próbuje coraz to innych słów. Stara się również przećwiczyć uśmieszek samozadowolenia. Nareszcie choć raz to on zagra rolę dręczyciela. Wreszcie on zrani ją.

Micaela z zainteresowaniem zajęła się oglądaniem ekranowej audycji. Wygląda na to, że jej wcześniejsze zaniepokojenie jego zniknięciem minęło. W końcu Jason musi sam zacząć:

— Chcesz wiedzieć, co dziś robiłem? Micaela podnosi wzrok.

— Co takiego? Aa: po południu — sprawia wrażenie, jakby już nie była ciekawa. — No więc?

— Pojechałem do Mamelon Kluver.

— Lunatyku jesz w dzień? Ty?

— Ja.

— Dobra była?

— Cudowna — odpowiada, zaintrygowany jej brakiem zainteresowania. — Dokładnie taka, jak sobie wyobrażałem.

Micaela wybucha śmiechem.

— To takie zabawne? — pyta Jason.

— Nie to. Ty.

— Może wytłumaczysz mi, dlaczego?

— Lata całe wzbraniasz się przed lunatykowaniem w Szanghaju, jeżdżąc na poziomy roboli, a teraz, z najgłupszego powodu, jaki można sobie wyobrazić, decydujesz się na Mamelon…

— Wiedziałaś, że nie lunatykuję w Szanghaju?

— Oczywiście. Kobiety rozmawiają ze sobą. Pytałam przyjaciółki. Żadnej z nich nie kryłeś, więc zaczęłam się zastanawiać i trochę cię sprawdzać. Warszawa, Praga. Czemu musiałeś zjeżdżać aż tam, Jasonie?

— To nie ma teraz nic do rzeczy.

— A co ma?

— Fakt, że spędziłem popołudnie na platformie sypialnej z Mamelon.

— Idiota.

— Dziwka.

— Impotent!

— Bezpłodna!

— Smoluch!

— Dosyć — przerywa Jason. — Zaczekaj. Czemu poszłaś do Siegmunda?

— Żeby zrobić ci na złość — przyznaje Micaela. — Bo on wie, jak zatroszczyć się o karierę, a ty nie. Chciałam wytrącić cię z równowagi, poruszyć.

— I dlatego pogwałciłaś zwyczaj, lunatykując bezczelnie w biały dzień i sama wybierając faceta. Nieładnie, Micaelo. Mógłbym dodać: zupełnie nie po kobiecemu.

— No to jest po równo: męska żona i zniewieściały mąż.

— Łatwo ci przychodzi obrażać, prawda?

— A czemu ty poszedłeś do Mamelon?

— Żeby cię rozzłościć i odpłacić za Siegmunda. Nie chodzi o to, że pozwoliłaś mu się pokryć. Takie rzeczy są czymś naturalnym. Ale twoje motywy. Użyłaś seksu jak broni. Celowo złamałaś zwyczaj. Chciałaś mnie dotknąć. To było podłe, Micaelo.

— A twoje motywy? Seks jako narzędzie zemsty? Lunatykowanie ma niwelować napięcia, a nie je stwarzać. Pora dnia nie ma tu nic do rzeczy. Chcesz Mamelon, rozumiem — to śliczna dziewczyna. Ale przyjść do domu i chełpić się tym, jakbyś myślał, że obchodzi mnie, w którą szparę wkładasz…

— Nie musisz być wulgarna, Micaelo.

— No proszę! Słuchajcie! Moralista się znalazł! Purytanin! Dzieci zaczynają popłakiwać. Pierwszy raz słyszą, jak ktoś

krzyczy. Nie odwracając się, Micaela uspokaja je gestem.

— Ja przynajmniej mam jakąś moralność — mówi Jason. — Może opowiesz mi o sobie i twoim braciszku Michaelu?

— A to co znowu?

— Zaprzeczasz, że cię pokrywał?

— W dzieciństwie owszem, parę razy — odpowiada, rumieniąc się. — I co z tego? Ty nigdy nie wkładałeś go siostrom?

— Nie chodzi o dzieciństwo. Robicie to do dzisiaj.

— Chyba zwariowałeś, Jasonie.

— Więc zaprzeczasz?

— Ostatni raz dotknął mnie z dziesięć lat temu. Osobiście nie widziałabym w tym nic złego, tyle że — nic takiego nie robimy. Och, Jasonie, Jasonie. Tyle czasu nurzałeś się w tych antycznych szpargałach, aż zrobiłeś się kompletnie dwudziestowieczny. Jesteś zazdrosny. Uprzedzony do kazirodztwa. Gryzie cię, czy przestrzegam zasady zostawiania inicjatywy mężczyznom. A ty sam, z twoim lunatykowaniem w Warszawie? Czy nie mamy też zwyczaju, by poprzestać na swoim mieście? Stosujesz podwójne reguły? Ty robisz, co chcesz, a ja mam przestrzegać zwyczajów, tak? To zamartwianie się Siegmundem, Michaelem… Jesteś zazdrosny, Jasonie. Zazdrosny. Odczuwasz coś, co wypleniliśmy półtora wieku temu!

— A ty jesteś karierowiczką. Niedoszłą intrygantką. Szanghaj to dla ciebie za mało, chcesz do Louisville. Cóż, Micaelo ambicja jest tak samo staroświecka. Poza tym to ty rozpętałaś tę całą szopkę z seksem jako argumentem, który ma dać przewagę w dyskusji. Ty pierwsza poleciałaś do Siegmunda i nie omieszkałaś mi o tym powiedzieć. Nazywasz mnie purytaninem? To ty jesteś zacofana. Pełno w tobie przedmonadalnej moralności, Micaelo.

— Nawet jeśli to prawda, to nauczyłam się jej od ciebie — krzyczy.

— Na odwrót: to ja zaraziłem się od ciebie. To ty roznosisz truciznę! Ty…

Otwierają się drzwi i do środka zagląda mężczyzna. Charles Mattern z siedemset dziewięćdziesiątego dziewiątego. Gładki, wygadany socjokomputator. Jason współpracował z nim przy paru naukowych projektach. Najwyraźniej słyszał ich niebłogosławienną burdę, bo stoi z niezadowoloną i pełną zakłopotania miną.

— Szczęść boże — odzywa się miękko. — Lunatykuję i pomyślałem sobie…

— Nie — wrzeszczy Micaela. — Nie teraz! Wyjdź! Mattern demonstruje, jak bardzo jest wstrząśnięty. Chce coś powiedzieć, ale w końcu potrząsa tylko głową i wycofuje się za drzwi, mamrocząc przeprosiny za najście nie w porę.

Jason jest przerażony. Odprawiła prawowitego lunatyka? Wyrzuciła go z mieszkalni?

— Ty dzikusko! — krzyczy i uderza ją w twarz. — Jak mogłaś zrobić coś takiego?

Micaela odskakuje do tyłu, trąc policzek.

— Dzikuska? Ja? To ja biję? Mogłabym posłać cię do zsuwni za…

— Nie, to ja mógłbym kazać wrzucić tam ciebie za… Nie kończy zdania. Oboje milkną.

— Nie powinnaś była tak wypraszać Matterna — mówi spokojnie Jason trochę później.

— A ty nie powinieneś był mnie uderzyć.

— Zupełnie wyszedłem z nerwów. Łamanie zwyczajów ma swoje granice. Jeżeli on to zgłosi…

— Nie zrobi tego. Słyszał, jak się kłóciliśmy, i widział, że po prostu nie byłam wtedy w stanie mu się oddać.

— Sprzeczka sprzeczką — ciągnie Jason — ale żeby tak się wydzierać. I to oboje. W najlepszym razie mogliby nas za to wysłać do inżynierów moralnych.

— Załagodzę sprawę z Matternem. Zdaj się na mnie. Ściągnę go tu z powrotem i wszystko wytłumaczę, a potem będzie miał krycie swojego życia. — Śmieje się ciepło. — Ty durny nonszalancie.

W jej głosie słychać czułość.

— Nasze wrzaski wysterylizowały pewnie pół piętra. I po co to było, Jasonie?

— Chciałem tylko, abyś zrozumiała parę rzeczy o samej sobie. Ta twoja kompletnie archaiczna natura, Micaelo. Gdybyś tylko umiała spojrzeć na siebie obiektywnie, zobaczyłabyś, jakie niskie pobudki kierowały tobą ostatnio — nie chcę zaczynać nowej awantury, próbuję tylko wyjaśnić ci kilka spraw…

— A twoje pobudki, Jasonie? Jesteś tak samo staroświecki jak ja. Para zacofańców. Mamy głowy pełne odruchów prymitywnej moralności. Źle mówię? Nie widzisz tego?

Jason odchodzi od żony. Stojąc tyłem do niej, wymacuje palcami wbudowany w ścianę przy spłukiwaczu pocieracz i pozwala, by spłynął do niego nadmiar jego własnego napięcia.

— Masz rację. Z wierzchu warstewka monadalnej ogłady, ale pod spodem — zazdrość, zawiść, zaborczość…

— Właśnie.

— Zdajesz sobie sprawę, co to oznacza dla mojej pracy? — Stać go już na krótki chichot. — Dla mojej teorii, że dobór naturalny stworzył w miastowcach nowy gatunek człowieka? Jeśli to prawda, to ja do niego nie należę. Ani ty. Inni może tak, przynajmniej niektórzy. Ale ilu? Ilu, tak naprawdę?

Micaela podchodzi i opiera się o niego. Jason czuje na plecach jej sutki, twarde i łaskoczące.

— Pewnie większość — odpowiada mu żona. — Twoja teoria nie musi wcale być niesłuszna. To my jesteśmy źli. Niedzisiejsi.

— Otóż to.

— Wyrzutki z gorszej epoki.

— Właśnie.

— Więc przestańmy się nawzajem zadręczać, Jasonie. Musimy się lepiej maskować. Zgadzasz się ze mną?

— Tak. Inaczej oboje skończymy w zsuwni. Jesteśmy niebłogosławienni do szpiku kości, Micaelo.

— Oboje.

— Zgadza się.

Odwraca się i obejmuje ją ramionami. Mruga do niej, a ona odmruguje.

— Mściwy barbarzyńca — mówi Micaela z czułością.

— Zawzięta dzikuska — szepcze Jason i całuje ją w koniec ucha.

Osuwają się na platformę sypialną. Lunatycy będą musieli poczekać.

Jason nigdy nie kochał jej mocniej niż w tej chwili.

V

Siegmund Kluver wciąż jeszcze czuje się w Louisville jak mały chłopiec. Trudno mu przekonać samego siebie, że naprawdę ma tam czego szukać. Obcy, grasujący na cudzym terenie. Nielegalny intruz. Jadąc na górę, do miasta panów monady, czuje, jak ogarnia go dziwne, chłopięce onieśmielenie; musi wkładać wiele wysiłku w ukrywanie go. Wiecznie przyłapuje się na przemożnej chęci zerkania nerwowo na boki w poszukiwaniu patrolu, który będzie chciał go zatrzymać. Sroga i krzepka postać, zagradzająca przestronny korytarz. Czego to szukasz, synu? Tu nie wolno włóczyć się ot tak sobie. Louisville jest dla administratorów, nie wiesz o tym? A Siegmund, zaczerwieniony jak burak, wymamle jakieś przeprosiny i rzuci się pędem do szybociągu, aby zjechać na dół.

Bardzo się stara, by to głupie uczucie zażenowania nie wyszło na jaw. Wie, jak bardzo nie pasuje ono do jego publicznego wizerunku. Siegmund równy gość. Siegmund dziecko szczęścia, któremu już od urodzenia było pisane Louisville. Siegmund zawołany jebur, którego żądzę zaspokajają najpiękniejsze mieszkanki Miastowca 116.

Gdyby tylko się domyślali, jaki bezbronny chłopczyk kryje się pod tym wszystkim. Słaby, nieśmiały Siegmundzik, przerażony, że wspina się zbyt szybko; przepraszający samego siebie za swój sukces. Siegmund pokorny. Siegmund niepewny.

A może to też tylko poza? Czasem myśli, że ten schowany, prywatny Siegmund to też jedynie fasada, którą wzniósł, by móc polubić siebie, a ta powłoka nieśmiałości gdzieś w głębi, pod sobą, kryje prawdziwego Siegmunda, w każdym calu tak twardego, zarozumiałego i przeskakującego szczeble kariery, jak ten, którego zna świat.

Ostatnio już prawie co rano jeździ do Louisville. Wzywają go jako konsultanta. Niektóre grube ryby upatrzyły go sobie nawet na ulubieńca — Lewis Holston, Nissim Shawke, Kipling Freehouse, wszyscy z najwyższych kręgów władzy. Siegmund wie, że wysługują się nim, zrzucając na niego najgorsze, najnudniejsze prace, którymi nie mają ochoty zająć się osobiście. Grają na jego ambicjach. Siegmundzie, trzeba napisać sprawozdanie o statystyce mobilności klasy robotniczej. Siegmundzie, ułóż tabelę równowagi hormonalnej w środkowych miastach. Siegmundzie, jaki współczynnik utylizacji odpadów mamy w tym miesiącu? Siegmundzie to, Siegmundzie tamto. Ale on też ich wykorzystuje. W miarę jak zaczynają przyzwyczajać się, że wyręcza ich w myśleniu, Siegmund szybko robi się niezastąpiony. Nie ulega wątpliwości: jeszcze rok, dwa i będą musieli poprosić go, by przeprowadził się na wyższy poziom. Być może przeniosą go najpierw do Toledo albo Paryża, lecz najprawdopodobniej, gdy tylko zwolni się jakieś miejsce, wezmą go prosto do Louisville. Louisville przed dwudziestką! Czy ktoś przed nim tego dokonał?

15