Maski czasu | Страница 7 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Boję się — szepnęła. — Leo, naprawdę się boję.

Czwarty

Przejdźmy się po pustyni — zaproponował Jack. — Chciałbym z tobą pogadać, stary.

Minęły dwa dni od telewizyjnej relacji z konferencji prasowej. Od tego czasu ekran pozostawał niemy, a całe napięcie opuściło dom, niczym fala odpływu. Zamierzałem następnego dnia wrócić do Irvine, bo praca pilnie mnie wzywała. Czułem także w głębi duszy, że Jack i Shirley powinni samotnie przezwyciężyć swoje problemy. W czasie ostatnich dwóch dni Jack odzywał się bardzo rzadko. Próbował dzielnie zapanować nad bólem promieniującym z otwartej rany. Jego zaproszenie zaskoczyło mnie mile.

— Shirley pójdzie z nami? — spytałem.

— Nie ma potrzeby. Wystarczy, że ruszymy w dwójkę.

Gdy odchodziliśmy, Shirley leżała na plecach z przymkniętymi oczyma, w południowym blasku, wystawiając swe gibkie ciało na pieszczotę słońca. Uszliśmy z Jackiem dobrą milę rzadko uczęszczaną ścieżyną. Piach wciąż był wilgotny po ulewnym deszczu, a skąpa roślinność wybuchła gwałtowną zielenią.

Jack przystanął w miejscu, gdzie trzy wysokie, połyskujące miką monolity utworzyły coś na kształt naturalnego Stonehenge. Klęknął przed jednym z głazów, by wyrwać kępę szałwii rosnącą obok. Gdy w końcu uporał się z rośliną, odrzucił ją i spytał poważnie:

— Leo, czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego rzuciłem pracę na uniwersytecie?

— Wiesz przecież, że tak.

— Jak ci wówczas wyjaśniłem tę decyzję?

— Że utknąłeś w martwym punkcie — powiedziałem. — Że znudziła cię praca, że straciłeś wiarę w siebie i w fizykę, że pragniesz uciec wraz z Shirley do swego gniazdka, by pisać i rozmyślać.

Pokiwał głową.

— To było kłamstwo.

— Wiem.

— Ale nie do końca. Rzeczywiście pragnąłem umknąć i żyć poza granicami normalnego świata. Lecz kłamstwem była historia o martwym punkcie. Nic bardziej błędnego. Nie było żadnego martwego punktu i w tym tkwi cały problem. Bóg jeden wie, jak bardzo chciałem trafić ze swymi badaniami w ślepy zaułek. Lecz postrzegałem wszystko wyraźnie, aż do końcowego sukcesu. Odpowiedzi były w zasięgu ręki. Wszystkie odpowiedzi, Leo.

Dziwny skurcz szarpnął moim lewym policzkiem.

— I byłeś w stanie przerwać prace wiedząc, że jesteś tak blisko sukcesu?

— Tak.

Ponownie uklęknął przy wielkim głazie i zaczął i przesiewać piasek przez palce. Nie patrzył na mnie. Wreszcie rzekł:

— Zastanawiam się, czy był to akt moralnego zwycięstwa, czy też przejaw tchórzostwa? Jak myślisz, Leo?

— Sam odpowiedz na to pytanie.

— Wiesz dokąd zmierzały moje badania?

— Sądzę, że pierwszy zdałem sobie z tego sprawę — odparłem. — Lecz postanowiłem milczeć. Zrozumiałem, że sam musisz dokonać wyboru. Ani razu nie dałeś poznać, że dostrzegłeś szersze możliwości zastosowania swych prac. Sprawiałeś wrażenie, jakbyś uważał badania nad siłami wiążącymi atom za czysto teoretyczne rozważania.

— Bo tak było w istocie. Przez pierwsze półtora roku.

— A potem?

— Spotkałem Shirley, pamiętasz? Nie znała się zupełnie na fizyce. Socjologia, historia — to była jej domena. Wyjaśniłem Shirley o co chodzi w moich badaniach. Nie zrozumiała, więc użyłem prostszych terminów, a później jeszcze prostszych. Wyrażenie w słowach tego, co dotąd miało postać paru równań, było dla mnie przydatnym doświadczeniem. Wreszcie oznajmiłem, iż zamierzam zbadać i wyzwolić siły spajające atom. A ona wówczas spytała: „To oznacza, że będziemy mogli rozbijać atomy bez powodowania olbrzymich wybuchów?” „Zgadza się” odparłem. „Bralibyśmy trochę dowolnej materii i wyzwalali z niej energię zdolną zaspokoić potrzeby całej gospodarki”. Shirley spojrzała na mnie zaskoczona i spytała: „To oznaczałoby zagładę naszego systemu ekonomicznego, prawda?”

— Nigdy przedtem nie przyszła ci do głowy podobna konkluzja?

— Nigdy, Leo. Nigdy. Byłem tym wymizerowanym dzieciakiem z M.I.T., pamiętasz? Nie myślałem o wdrażaniu nowych technologii. Shirley wywróciła wszystko do góry nogami. Zacząłem mieć wątpliwości. Zadzwoniłem do biblioteki i zamówiłem kilka opracowań na temat inżynierii, a Shirley przyniosła podręczniki podstaw ekonomii. Wówczas zrozumiałem. Ktoś mógłby wykorzystać moje równania, aby dostarczyć światu nieograniczonych ilości energii. Ja przecież odkryłem drugie E = MC2. Przeraziłem się. Nie mogłem wziąć na siebie odpowiedzialności za zagładę świata. Niesiony pierwszym impulsem, chciałem biec do ciebie po radę.

— Dlaczego zrezygnowałeś? Jack wzruszył ramionami.

— Bo byłoby najłatwiej zwalić wszystko na ciebie. W każdym razie miałem świadomość, że z pewnością wiesz dokąd prowadzą moje badania. Skoro milczysz, to znaczy, że pragniesz, abym sam rozstrzygnął moralny dylemat. Poprosiłem więc o ten urlop na prace badawcze, trwoniłem czas na zabawie akceleratorem i rozmyślałem o sprawach, które dręczyły moje sumienie. Sam sobie zadawałem pytanie, jak bym postąpił na miejscu Oppenheimera, Fermiego i reszty chłopaków, którzy skonstruowali bombę atomową. Pracowali w czasie wojny, by unicestwić śmiertelnego nieprzyjaciela swego narodu. I nawet w takiej sytuacji mieli wątpliwości. Ja natomiast nie tworzyłem nic, co mogłoby ocalić społeczeństwo ludzkie przed wyraźnym, groźnym niebezpieczeństwem. Ja prowadziłem nikomu niepotrzebne badania, których wyniki po opublikowaniu wstrząsnęłyby strukturą ekonomiczną naszego świata. Byłem wrogiem ludzkości.

— Dzięki szeroko dostępnej przemianie form energii — rzekłem cicho — zniknęłyby głód, pragnienie, wielkie monopole…

— I nastałby także pięćdziesięcioletni okres chaosu, kiedy to nowy ład nabierałby realnych kształtów. Imię Jacka Bryanta stałoby się przekleństwem. Leo, nie potrafiłem podjąć tej decyzji. Nie byłem w stanie wziąć takiej odpowiedzialności na swe barki. Dopiero pod koniec trzeciego roku pobytu na uniwersytecie dokonałem wyboru. Rzuciłem pracę i przyjechałem tutaj. Popełniłem zbrodnię wobec nauki dla uniknięcia większego zła.

— I czujesz się winny?

— Oczywiście, że czuję się winny. Minione dziesięciolecie miało przynieść pokutę za tamtą haniebną ucieczkę. Zastanawiałeś się kiedyś, o czym będzie ta wielka książka, którą piszę?

— Wielokrotnie.

— To swego rodzaju esej autobiograficzny: apologia pro vita sua. Wyjaśniam tam wszystko: nad czym pracowałem, jak zrozumiałem prawdę, dlaczego wstrzymałem badania i co wtedy czułem. Ta książka to swego rodzaju sprawdzian moralnej odpowiedzialności wobec nauki. W specjalnym dodatku przytaczani pełen tekst moich teorii.

— W postaci nieukończonej?

— Tak — odrzekł Jack. — Pełen tekst. Wspominałem przecież, że badania były na ukończeniu. Dopełniłem dzieła przed pięciu laty. Wszystko zostało zawarte w tym manuskrypcie. Dysponując miliardem dolarów oraz doskonale wyposażonym laboratorium, każda korporacja byłaby w stanie przetworzyć moje równania w sprawnie działający agregat wielkości orzecha włoskiego. Po jednorazowym dostarczeniu mu odrobiny zwyczajnego piasku, urządzenie działałoby w nieskończoność.

W tym momencie poczułem, jakby Ziemia zadrżała w swych posadach. Po długiej chwili milczenia spytałem:

— Dlaczego zwlekałeś tak długo z podjęciem tego tematu?

— Wczorajsza relacja przepełniła czarę. Ten rzekomy facet z przyszłości opowiadał o rozproszonej cywilizacji, w której każdy człowiek jest samowystarczalną jednostką, gdyż korzysta z dobrodziejstw całkowitej przemiany energii. To była wizja przyszłości, którą sam ukształtowałem.

— Nie wierzysz chyba…

— Nie wiem, Leo. To przecież bezsens — człowiek przybyły z przyszłości odległej o tysiąc lat. Byłem szczerze przeświadczony, że to świr… póki nie zaczął roztaczać wizji zdecentralizowanego świata.

— Pomysł uwolnienia całej energii zawartej w atomie liczy sobie wiele lat. Ten facet jest sprytny jak cholera. Mógł oprzeć swoją bajeczkę na ogólnikowych przypuszczeniach. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że mówi prawdę i że twoje równania wykorzystano w praktyce. Wybacz, Jack, ale wydaje mi się, że trochę przeceniasz własną wyjątkowość. Wydobyłeś pewną myśl ze wzburzonej sadzawki futurystycznych marzeń i sprawiłeś, że stała się rzeczywistością, lecz nikt poza tobą i Shirley o tym nie wie. Nie możesz pozwolić, aby ślepy strzał wpędził cię…

— Lecz przypuśćmy, że to wszystko prawda, Leo.

— Skoro tak bardzo martwi cię ta możliwość, dlaczego nie spalisz manuskryptu? — spytałem.

Spojrzał na mnie zaszokowany, jakbym namawiał go do zbrodni.

— Nie mógłbym tego zrobić.

— Ochroniłbyś w ten sposób ludzkość przed zapaścią, za którą z góry bierzesz na siebie odpowiedzialność.

— Manuskrypt spoczywa w bezpiecznym miejscu, Leo.

— Gdzie?

— Pod ziemią. Zbudowałem specjalnie w tym celu piwnicę i połączyłem ją dość przemyślnie z reaktorem. Gdyby ktokolwiek próbował wedrzeć się tam przemocą, pręty bezpieczeństwa zostałyby wyciągnięte ze stosu i cały dom wyleciałby w powietrze. Nie muszę niszczyć swego dzieła. Nigdy nie wpadnie w niewłaściwe ręce.

— Przyjmijmy jednak, że wpadło w niepowołane ręce w odległej przyszłości. Bo przecież w czasach Vornana-19 świat powszechnie korzysta z twojego systemu energetycznego. Prawda?

— Sam nie wiem, Leo. To czyste szaleństwo. Czuję, że powoli popadam w obłęd.

— Załóżmy dla potrzeb dyskusji, że Vornan-19 mówi prawdę i w roku 2999 rzeczywiście istnieje taki system uzyskiwania energii. Zgoda? W porządku, ale nie wiemy przecież, czy to ty jesteś jego wynalazcą. Przypuśćmy, że spalisz manuskrypt. Taki czyn zmieniłby bieg historii, i system gospodarczy, przedstawiony przez przybysza, nie zaistniałby w ogóle. Spalenie książki odebrałoby rację jego egzystencji. Tym sposobem upewniłbyś się, że przyszłość została ocalona przed straszliwym losem, jaki dla niej zgotowałeś.

— Nie, Leo. Gdybym nawet spalił notatki, fizycznie wciąż byłbym obecny. Mógłbym odtworzyć równania z pamięci. Niebezpieczeństwo spoczywa w mym mózgu. Niszcząc notatki niczego nie przesądzam.

— Istnieją narkotyki oczyszczające pamięć…

Jack wzruszył ramionami.

— Nie mógłbym im zawierzyć.

Przejął mnie strach. Czułem, jakbym runął w otchłań i wtedy po raz pierwszy ujrzałem rozmiar paranoi, której uległ mój przyjaciel. Zniknął gdzieś pogodny ekstrawertyk z dawnych dni. Jack zadręcza się myślą, że sprytny, aczkolwiek niespecjalnie przekonywujący gracz rzeczywiście reprezentuje odległą przyszłość, którą on sam pomógł ukształtować.

— Czy mógłbym ci w czymś pomóc? — spytałem cicho.

— Owszem, Leo. Jest taka jedna sprawa.

— Mianowicie?

— Postaraj się o osobiste spotkanie z Vornanem-19. Jesteś ważną figurą w świecie nauki. Możesz pociągnąć za odpowiednie sznurki. Porozmawiaj z nim poważnie. Sprawdź, czy jest oszustem, tak jak podejrzewamy.

— Jasne, że jest oszustem.

— Sprawdź to, Leo.

— A jeśli jest tym, za kogo się podaje? Oczy Jacka zapłonęły niespokojnym światłem.

— Wypytaj o jego epokę. O proces przetwarzania energii atomowej — kiedy został wynaleziony, przez kogo. Może odkryją to zjawisko dopiero za pięćset lat, całkowicie niezależnie. Może ja nie będę miał z tym nic wspólnego. Wyciągnij z niego całą prawdę. Muszę wiedzieć.

Cóż mogłem na to rzec?

Miałem powiedzieć: Słuchaj, stary, dostałeś kota? Miałem błagać, aby poddał się leczeniu? Miałem sam stwierdzić u niego paranoję i stracić najlepszego przyjaciela? Lecz z drugiej strony, udział w tym wariactwie napawał mnie odrazą. Załóżmy nawet, że uda mi się dotrzeć do Vornana-19, że uzyskam prywatną audiencję. Nie miałem przecież najmniejszej ochoty ani przez chwilę robić z siebie durnia, okłamując tego szarlatana, że biorę jego idiotyzmy poważnie.

Pozostawało kłamstwo. Mogłem wymyślić jakąś uspokajającą opowiastkę.

Byłoby to jednak niegodne. Ciemne, smutne oczy Jacka błagały o uczciwą pomoc. Postanowiłem go nie zawieść.

— Zrobię, co będę mógł.

Uścisnął mi rękę. Do domu wracaliśmy w milczeniu.

Następnego ranka, gdy pakowałem walizkę, Shirley weszła do pokoju ubrana w obcisły, lśniący zawój, który podkreślał cudowne kształty jej ciała. Ostatnio widywałem ją ciągle nagą i dopiero to skromne okrycie uzmysłowiło mi na nowo urodę Shirley oraz fakt, że moja miłość do niej nie była, mimo wszystko, pozbawiona ładunku pożądania.

— Jak wiele ci opowiedział? — spytała.

— Wszystko.

— O manuskrypcie? O tym, czego się lęka?

— Tak.

— Jesteś w stanie mu pomóc, Leo?

— Nie wiem. Jack chce, abym nawiązał kontakt z tym człowiekiem i rozwiał wszelkie wątpliwości. Nie wszystko musi pójść po jego myśli. Założywszy nawet, że zrealizuję ten cel, to i tak moje wysiłki mogą jedynie zaszkodzić.

— Jack bardzo to wszystko przeżywa. Martwię się o niego. Pozornie wygląda zdrowo i rześko, lecz ta sprawa męczyła go już od lat. Utracił zdolność obiektywnego widzenia.

— Myślałaś, aby sprowadzić lekarza?

— Nie mam dość odwagi — szepnęła. — Boję się nawet o tym głośno wspomnieć. Jack przeżywa moralny kryzys i muszę to zaakceptować. Nie chcę traktować tego stanu jak choroby. Przynajmniej na razie. Może kiedy wrócisz z wiadomością, że ten przybysz to zwykły oszust, Jack otrząśnie się ze swojej obsesji. Postarasz się?

— Zrobię, co będę mógł, Shirley.

Nagle znalazła się w moich ramionach. Głowę położyła mi na ramieniu. Jej piersi, szczelnie obciągnięte materiałem, przylgnęły do mnie, palcami dotykała moich pleców. Trzęsła się i łkała. Przyciągnąłem ją mocno do siebie, aż sam również zacząłem dygotać, choć z innej zgoła przyczyny. Delikatnie rozluźniłem uchwyt łączący nasze ciała. Godzinę później jechałem już wyboistym szlakiem w kierunku Tuscon i nitki transportowej, która miała mnie zawieźć z powrotem do Kalifornii.

7