Maski czasu | Страница 31 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Chciałbym nieco odsapnąć, Leo.

— Mała drzemka?

— Nie. Mam już dość tłumów, zgiełku, ciągłego ruchu. Potrzebuję ciszy i spokoju.

— Lepiej porozmawiaj z Kralickiem.

— Najpierw muszę porozmawiać z tobą. Parę tygodni temu wspominałeś, że masz przyjaciół w jakimś cichym zakątku. Chodziło o kobietę i mężczyznę, starych znajomych. Wiesz, o kim mówię?

Wiedziałem doskonale. Kiedyś, przy jakiejś bzdurnej okazji, wspomniałem o Jacku i Shirley. Mówiłem, że uciekam pod ich przyjazny dach w chwilach zwątpienia i załamania. Liczyłem, że Vornan, niejako w rewanżu, opowie mi o swoich nawykach, przybliży stosunki panujące między ludźmi w świecie przyszłości. Nie przewidziałem jednak takiego obrotu sprawy.

— Oczywiście — wybąkałem z trudem. — Wiem, o kim mówisz.

— Może pojechalibyśmy tam we dwójkę, co Leo? Ty, ja i twoi przyjaciele, bez strażników, zgiełku, tłumu. Moglibyśmy zniknąć po cichutku, nikogo nie pytając o zgodę. Muszę nabrać energii. Ta podróż mocno nadwątliła moje siły. Chcę zasmakować waszej codzienności. Dotychczas widziałem jedynie zaplanowane widowiska i paradne pompy. Z prawdziwą przyjemnością usiadłbym na zwyczajnym krześle i porozmawiał w ciszy. Czy byłbyś w stanie to załatwić, Leo?

Milczałem, wytrącony z równowagi. Niespodziewane ciepło w głosie Vornana rozczuliło mnie niemal do łez. Zdałem sobie sprawę jednocześnie, że tym sposobem będziemy mieli okazję — Jack, Shirley i ja — dowiedzieć się mnóstwa bezcennych rzeczy o Vornanie i jego epoce. Sącząc drinki pod arizońskim niebem, może wyciągniemy z gościa informacje skryte dotychczas przed oczyma opinii publicznej. Wiedziałem, czego oczekujemy od Vornana, a zmylony jego dobrodusznością w ostatnich czasach nie wziąłem zupełnie pod uwagę jego oczekiwań. — Porozmawiam z przyjaciółmi — obiecałem. — A później z Kralickem. Zobaczymy, co się da zrobić.

Szesnasty

Kralick chodził z początku zmartwiony, bo starannie dopracowany plan podróży stanął pod znakiem zapytania. Nasz szef oznajmił, że Ameryka Południowa mogłaby poczuć się głęboko dotknięta, gdyby tamtejszą wizytę Vornana odłożono na później. Jednak pozytywne aspekty takiej decyzji były aż nazbyt widoczne. Vornan przecież z przyjemnością powitałby zmianę otoczenia, ucieczkę od tłumów i kamer. Sądzę, że sam Kralick również miał już ochotę trochę odsapnąć. W efekcie zaakceptował moją propozycję.

Natychmiast zadzwoniłem do Jacka i Shirley.

Miałem pewne opory i wahałem się, czy zrzucać im na kark Vornana, mimo że oboje marzyli o takiej okazji. Jack pragnął ponad wszystko omówić z Vornanem sprawę całkowitej przemiany energii, chociaż wiedziałem przecież, że niczego się nie dowie. Shirley natomiast… Shirley wyznała, że czuje fizyczny pociąg do mężczyzny z przyszłości. To właśnie z jej powodu zwlekałem z decyzją. W końcu jednak wytłumaczyłem sobie, że Shirley jest dorosła. A poza tym wiedziałem, że cokolwiek zajdzie między nią a Vornanem, zajdzie jedynie za pełnym przyzwoleniem i błogosławieństwem Jacka. Niepotrzebnie zawracam sobie głowę myślami o odpowiedzialności, zbeształem samego siebie.

Kiedy zakomunikowałem, co ich czeka, oboje sądzili, że stroję sobie puste żarty. Dużo czasu wymagało, aby przekonać Jacka i Shirley, iż Vornan naprawdę będzie gościem w ich domu. W końcu uwierzyli i spostrzegłem, jak wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

— Kiedy macie zamiar przyjechać? — spytał Jack.

— Jutro, jeśli oczywiście można.

— Dlaczego nie? — odparła Shirley.

Szukałem na jej twarzy oznak podniecenia, ale znalazłem jedynie ślady zwykłej ciekawości.

— Dlaczego nie? — powtórzył Jack. — Ale powiedz mi jeszcze jedno: czy mamy oczekiwać hordy policjantów i dziennikarzy? To byłoby straszne.

— Nie — odparłem. — Miejsce naszego pobytu będzie utrzymywane w ścisłej tajemnicy. Mogę obiecać, że ludzie z mediów nie pojawią się w zasięgu wzroku. Podejrzewam, że drogi dojazdowe zostaną na wszelki wypadek obstawione, ale z pewnością żadni strażnicy nie będą pałętać się po werandzie. Osobiście tego dopilnuję.

— W porządku — powiedział Jack. — Przyjeżdżajcie.

Kralick przełożył wizytę w Ameryce Południowej i oświadczył na konferencji, iż Vornan ma zamiar spędzić kameralny urlop gdzieś w zacisznym zakątku. Dyskretnie rozpuściliśmy plotkę, że będzie gościł w prywatnej willi nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Nazajutrz, wczesnym rankiem po podniosłej uroczystości pożegnania, z lotniska w Johannesburgu wystartował samolot i obrał kurs na wyspę Mauritius. W ten sposób udało nam się zmylić czujność dziennikarzy. Nieco później tego samego dnia przesiedliśmy się z Vornanem na niewielki odrzutowiec i ruszyliśmy trasą przez Atlantyk. Ponowna przesiadka oczekiwała nas w Tampa, w Tuscon wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Samochód już na nas czekał. Kazałem rządowemu szoferowi pójść na piwo i osobiście zawiozłem Vornana do posiadłości moich przyjaciół. Wiedziałem, że Kralick rozpiął sieć bezpieczeństwa w promieniu pięćdziesięciu mil od domu. Wymogłem jednak obietnicę, że nikt z jego ludzi nie podejdzie bliżej, bez wyraźnego rozkazu z mojej strony. Będziemy mieli absolutny spokój.

Było cudowne, bezchmurne, jesienne popołudnie. Niebo tonęło w błękicie. Góry sprawiały wrażenie nienaturalnie bliskich. Gdy tak jechałem szeroką szosą, wysoko ponad naszymi głowami przelatywał od czasu do czasu złoty cień rządowego śmigłowca.

Państwo Bryantowie wyszli przed dom, aby nas powitać. Jack nałożył powyciąganą koszulę i spłowiałe dżinsy. Shirley ubrała skąpy opalacz i krótkie spodenki. Nie widziałem ich od wiosny, a rozmawialiśmy zaledwie kilka razy od tamtej pory. Z niepokojem spostrzegłem, że dziwne napięcie, jakie ogarnęło moich przyjaciół wiosną, nie zelżało, a wręcz przeciwnie — poczyniło postępy. Wyglądali bardzo nieporadnie, jak gdyby nie mogli uwierzyć, że to co się dzieje wokoło, jest w pełni rzeczywiste.

— To jest Vornan-19 — przedstawiłem gościa. — Jack Bryant i Shirley.

— Bardzo mi miło — oznajmił poważnie Vornan.

Nie wyciągnął ręki na powitanie, ale za to złożył głęboki ukłon, najpierw Jackowi, potem Shirley. Zapadło niezręczne milczenie. Staliśmy lustrując się wzajemnie, a w górze świeciło bezlitosne słońce. Gospodarze sprawiali wrażenie, jakby dopiero dzisiaj po raz pierwszy uwierzyli w istnienie Vornana. Przez cały czas traktowali go jak fantastyczną postać, teraz, niespodziewanie za sprawą czarów, przywołaną do życia. Jack zacisnął z całej siły usta i wciągnął policzki. Shirley, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z gościa, kołysała się lekko na bosych stopach. Vornan natomiast, jak zwykle zadowolony i pewien siebie, stał spokojnie i z uprzejmym zainteresowaniem obserwował otoczenie oraz obecnych.

— Chodźcie, pokażę wam pokoje — wymamrotała Shirley.

Podniosłem bagaże: swoją torbę i walizkę Vornana. Ja zabrałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, to znaczy kilka zmian bielizny. Za to kufer gościa ważył chyba tonę. Przybył do naszego świata nagi jak niemowlę, ale podczas podróży zebrał niezłą kolekcję przeróżnego dobra: ubrania, bibeloty, przypadkowe śmieci. Zataszczyłem to wszystko do domu. Shirley przydzieliła Vornanowi pokój, który sam zazwyczaj zajmowałem. Mnie natomiast przypadło w udziale pomieszczenie gospodarcze przyległe do werandy pospiesznie zaadaptowane do celów sypialnianych. Nie wypadało protestować. Postawiłem wielką walizę na ziemi i wyszedłem, gdy Shirley zaczęła wyjaśniać Vornanowi zasady funkcjonowania niektórych urządzeń codziennego użytku. Jack pokazał mi moje mieszkanko.

— Musisz w każdej chwili być gotów na nasz wyjazd, Jack — ostrzegłem. — Z drugiej strony, jeśli towarzystwo Vornana zacznie ci w pewnym momencie ciążyć, powiedz tylko słowo. Nie chciałbym, abyś miał przez nas jakieś nieprzyjemności.

— O nic się nie bój. Czuję, że to będą udane wakacje.

— Oby. Ale czeka nas również trochę pracy. Jack uśmiechnął się domyślnie.

— Będę miał okazję zamienić z nim parę słów?

— Jasne.

— Wiesz, o co mi chodzi.

— Tak. Pytaj o co chcesz. Cóż nam pozostanie poza rozmową? Niewiele jednak się dowiesz.

— Mogę przynajmniej spróbować — stwierdził, a potem dodał ściszonym głosem: — Jest niższy niż sądziłem, ale robi wrażenie. Duże wrażenie. Ma naturalny dar przewodzenia innym, czujesz?

— Napoleon też nie był wielkoludem — przypomniałem. — Tak samo Hitler.

— Czy Vornan wie, z kim go porównujesz?

— Historia starożytna nie należy akurat do jego najmocniejszych stron — odparłem i obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

Chwilę później spotkałem Shirley w salonie. Musiała dopiero co wyjść od Vornana. Chyba nie spodziewała się mnie tutaj zastać. Nie dostrzegłem bowiem na jej twarzy maski obojętności, którą zazwyczaj przybierała w obecności obcych. Oczy, nozdrza, wargi zdradzały szamotaninę emocji, wewnętrzny konflikt. Może Vornan próbował już jakichś śmielszych ruchów podczas ich pięciominutowej samotności. Bo to, co spostrzegłem na twarzy Shirley, miało z pewnością podłoże czysto erotyczne — fala namiętności, która zarysowała gładką dotąd taflę. Kiedy poczuła na sobie mój wzrok, natychmiast przybrała starą maskę.

Uśmiechnęła się nerwowo.

— Zaczął rozpakowywać walizkę — oświadczyła. — Chyba go polubię, Leo. Widzisz, myślałam, że Vornan jest zimny i nieprzystępny jak robot. A tymczasem zwraca się do mnie bardzo uprzejmie, prawdziwy dżentelmen na swój sposób.

— Tak, potrafi być czarujący.

Na jej policzkach dostrzegłem nieregularne plamy rumieńców.

— Myślisz, że źle zrobiliśmy zapraszając was w odwiedziny?

— Dlaczego miałbym tak uważać? Oblizała wargi.

— Nieważne, co ma się stać. I tak się stanie. On jest piękny, Leo. I pociągający.

— Boisz się, że nie powstrzymasz swych namiętności?

— Boję się, że skrzywdzę Jacka.

— Nie rób więc nic wbrew jego woli — poradziłem, czując się jak stary, dobry wujaszek. — To bardzo proste. Nie daj się ponieść emocjom.

— A jeśli wszystko zawiedzie, Leo. Kiedy byliśmy sami w tym pokoju… Vornan patrzył na mnie tak łakomie…

— On patrzy w ten sposób na wszystkie piękne kobiety. Ale przecież wiesz, jak się mówi „nie”.

— Nie jestem tylko pewna, czy będę miała ochotę odmówić. Wzruszyłem ramionami.

— Mam zadzwonić do Kralicka i powiedzieć, że kończymy wizytę?

— Nie!

— W takim razie musisz zostać własną przyzwoitką. Jesteś dorosła, Shirley. Powinnaś panować nad sobą i nie wchodzić do łóżka gościom twojego męża. Jak dotąd nie miałaś z tym większych problemów.

Zadrżała słysząc moje ostatnie słowa. Mimo mocnego makijażu spostrzegłem, że jej twarz znów nabrała rumieńców. Patrzyła wzrokiem, jakby po raz pierwszy ujrzała mnie wyraźnie. Przekląłem własną głupotę. Jednym słowem pogrążyłem dziesięcioletnią przyjaźń. Ale chwila przykrego milczenia minęła szybko. Shirley rozluźniła mięśnie twarzy, co ją musiało kosztować wiele wysiłku.

— Masz rację, Leo. Nie będę z tym miała żadnych problemów — odparła cicho.

Wieczór minął zaskakująco spokojnie. Shirley przygotowała wspaniałą kolację, a Vornan nie szczędził pochwał. Jak sam stwierdził, był to pierwszy posiłek, jaki miał okazję zjeść w prywatnym domu, a strawa smakowała wyśmienicie. Kiedy zaczęło świtać, poszliśmy na spacer. Jack szedł obok Vornana, ja pod rękę z Shirley. W pewnej chwili spod naszych stóp wyskoczył szczur i wielkimi susami popędził w głąb pustyni. Widzieliśmy także mysikróliki i małe jaszczurki. Vornan wciąż nie potrafił zrozumieć, jak zwierzęta mogą żyć na wolności. Później wróciliśmy do domu. Siedzieliśmy sącząc drinki i miło gawędziliśmy jak czwórka starych przyjaciół. Wydawało się, że Vornan doskonale czuje się w naszym gronie. Zacząłem powoli nabierać przekonania, że niepotrzebnie martwiłem się na wyrost.

Zwodniczy spokój trwał przez kilka następnych dni. Wstawaliśmy późno, chodziliśmy po pustyni wystawieni na osiemdziesięciostopniowy upał, rozmawialiśmy, jedliśmy wspólne posiłki, obserwowaliśmy gwiazdy. Vornan był opanowany, nawet ostrożny. Mówił zaskakująco dużo o swojej epoce. Patrząc w niebo próbował odnaleźć znajome konstelacje, ale bez skutku. Opowiadał o zwyczajach biesiadnych swojej epoki, o tym jakim to zuchwalstwem u nich byłoby siedzenie z gospodarzami przy wspólnym stole. Mówił też o dziesięciu miesiącach pobytu pośród nas. Jak podróżnik, który dobija już do kresu swej wędrówki i zaczyna wspominać najlepsze chwile.

Pilnowaliśmy, aby nie oglądać przypadkiem serwisów informacyjnych, kiedy w pobliżu kręcił się Vornan. Nie chciałem, aby wiedział, że w Ameryce Południowej wybuchły zamieszki na wieść o przesunięciu jego wizyty. Świat ogarnęła histeria, ludzie podążali za Vornanem oczekując jednoznacznego rozwiązania wszystkich zagadek wszechświata. W poprzednich wystąpieniach Vornan rozpalił ognik nadziei, że kiedyś dostarczy odpowiedzi i to wystarczyło. Nieważne, że jak dotąd sprowokował jedynie pytania. Dobrze się stało przynajmniej, iż Vornan gościł teraz u Bryantów, gdyż dzięki temu nie mógł, choćby mimowolnie, sterować tym całym szaleństwem.

Rankiem czwartego dnia słońce poraziło mnie jaskrawym światłem. Rozjaśniłem szyby w oknach i spostrzegłem, że Vornan leży już na tarasie. Był zupełnie nagi i opalał się na słońcu. Zastukałem w szybę. Uniósł wzrok i posłał mi promienny uśmiech. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, on właśnie wstawał z piankowej leżanki. Jego szczupłe, zgrabne ciało przypominało wyglądem skorupę plastykowego manekina. Skórę miał idealnie gładką, bez najmniejszego nawet śladu owłosienia. Nie był muskularny, nie wyglądał też cherlawo. Sprawiał wrażenie człowieka pełnego siły a jednocześnie delikatnego. Jego męskość nie podlegała dyskusji.

— Mamy cudowną pogodę, Leo — zawołał. — Zdejmuj ciuchy.

31