Maski czasu | Страница 3 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Odziedziczyłem niewielki, niegdyś mądrze zainwestowany kapitał. Shirley również ma stały przychód. Nie jest tego wiele, ale jakoś damy sobie radę. Opuszczamy społeczność. Czułem, że nie da się tego dłużej przed tobą kryć.

Położyłem dłonie na biurku i przez chwilę uważnie obserwowałem knykcie. Czułem, jakby między palcami ktoś zaczął tkać pajęczyny.

— A co z twoimi teoriami, Jack? — spytałem w końcu.

— Porzucone.

— Byłeś tak blisko końca.

— Utknąłem w ślepym zaułku. Nie mogę ruszyć z miejsca. Nasze oczy spotkały się i przez chwilę nie odwracaliśmy wzroku. Czy chciał powiedzieć, iż nie ma dość odwagi, by ruszyć z miejsca? Czy jego odejście zostało spowodowane klęską na polu fizyki, czy też raczej moralnymi wątpliwościami? Chciałem zapytać. Czekałem jednak, aż sam wyjaśni.

Milczał. Na jego twarzy gościł sztywny, niepewny uśmiech. Po chwili oświadczył:

— Nie sądzę, Leo, abym mógł kiedykolwiek dokonać czegoś wartościowego w dziedzinie fizyki.

— To nieprawda…

— Nie sądzę nawet, abym chciał kiedykolwiek dokonać czegoś wartościowego w dziedzinie fizyki.

— Och!

— Wybaczysz mi? Pozostaniesz nadal moim przyjacielem? Naszym przyjacielem?

Poszedłem na ich ślub. Okazało się, że byłem jednym z czwórki zaproszonych gości. Pannę młodą znałem raczej słabo. Miała około dwudziestu dwóch lat, była ładną blondynką, absolwentką socjologii. Bóg raczy wiedzieć, w jaki sposób wiecznie zapracowany Jack zdołał ją poznać. Sprawiali wrażenie bardzo zakochanych. Ona była dość wysoka, sięgała Jackowi niemal do ramienia, włosy opadały jej złotą kaskadą na plecy, skórę miała opaloną w miodowym odcieniu, duże brązowe oczy i gibkie, wysportowane ciało. Bez wątpienia była piękna, a w krótkiej ślubnej sukience wyglądała promiennie i szczęśliwie, jak to zwykle panny młode. Ceremonia była krótka i odbyła się bez żadnych obrzędów religijnych. Później poszliśmy wszyscy na obiad, a gdy nadszedł zmierzch, młoda para cicho zniknęła. Gdy wróciłem owej nocy do domu, poczułem dziwną pustkę. Nie mając nic lepszego do roboty, przeglądałem stare papiery i natknąłem się tam na wczesne szkice teorii Jacka. Przez dłuższą chwilę gapiłem się na pospiesznie nabazgrane notatki, nie pojmując z nich niczego.

Minął miesiąc i otrzymałem zaproszenie na tydzień do Arizony.

Sądziłem, że był to list jedynie pro forma i uprzejmie odmówiłem, myśląc że tego właśnie oczekiwali. Jack zadzwonił jednak i nalegał, abym przyjechał. Twarz miał jak zwykle poważną, lecz zielony ekran wyraźnie zdradzał, że napięcie i znurzenie zniknęło już z jego oblicza. Wobec tego przyjąłem zaproszenie. Ich dom, jak się przekonałem, stał na kompletnym odludziu, otoczony zewsząd połaciami burej pustym. Była to forteca światła i wszelkich wygód pośród morza nieprzyjaznej przyrody. Jack i Shirley byli mocno opalem, niezwykle radośni i połączeni cudowną nicią zrozumienia. Pierwszego dnia poszliśmy razem na długą przechadzkę po pustyni, bawiąc się obserwowaniem igraszek zajęcy, szczurów i jaszczurek. Przystawaliśmy często, kiedy gospodarze chcieli pokazać mi małe, sękate drzewka rosnące na samym skraju nieurodzajnych terenów albo wysokie kaktusy saguaro, których masywne, pofałdowane łodygi rzucały jedynie nikły cień na piaski.

Ich dom stał się moją kryjówką. Mogłem swobodnie tu przyjeżdżać, kiedy tylko poczułem potrzebę odosobnienia. Od czasu do czasu zresztą sami wysyłali do mnie zaproszenia, nalegali, abym korzystał z przywileju i wpadał, gdy tylko zechcę. Tak też się działo. Niekiedy mijało sześć, dziesięć miesięcy, a ja wciąż odwlekałem wyprawę do Arizony. Kiedy indziej odwiedzałem ich w pięć, sześć weekendów pod rząd. Nie było w tym specjalnej regularności. Wizyty zależały całkowicie od mojego samopoczucia w danej chwili, czegoś, co nazwałem wewnętrzną duszą. U nich aura była niezmienna, zarówno ta wewnętrzna jak i zewnętrzna; dni upływały w niczym nie zmąconej harmonii. Nie widziałem nigdy, aby się kłócili czy nawet lekko sprzeczali. Wiry niepokojów omijały ten dom, po dzień, w którym Vornan-19 przybił do ich przystani.

Nasze wzajemne stosunki stopniowo nabierały głębi, ciepła i serdeczności. Wydaje mi się, iż — jako człowiek Uczący już z górą czterdzieści lat — uosabiałem im dobrego wujaszka. Jack nie skończył jeszcze trzydziestki, a Shirley dopiero co weszła w drugie dziesięciolecie; jednakże nasza więź posiadała również głębsze podłoże. Ktoś mógłby nazwać to miłością. Seks nie odgrywał tutaj jednak żadnej roli, choć przyznam, iż gdyby los zetknął mnie z Shirley w innej sytuacji, to chętnie bym się z nią przespał. Z całą pewnością pociągała mnie fizycznie, Jej urok rósł stopniowo, wraz z wygasaniem płomienia słodkiej niewinności, który sprawił, iż zrazu patrzyłem na nią jako na dziewczę, a nie kobietę. I choć nasze wzajemne stosunki z Jackiem i Shirley stanowiły trójkąt, a wektory uczuć biegły w wiele stron, nigdy nie nastała chwila grożąca grzechem cudzołóstwa. Podziwiałem Shirley, lecz — jak mi się teraz zdaje — nie zazdrościłem Jackowi fizycznego kontaktu z nią. Nocą, gdy czasami dobiegały mnie odgłosy rozkoszy płynące z ich sypialni, jedyną moją reakcją była radość z ich szczęścia, nawet jeśli sam spoczywałem w kawalerskim łożu. Pewnego razu, uzgodniwszy to wcześniej, przyjechałem tam z przyjaciółką; był to błąd. Weekend okazał się zupełnie nieudany. Zrozumiałem wtedy, iż muszę przyjeżdżać sam i, co dziwne, dobrowolny celibat nie przeszkadzał mi. Byłem platonicznym ogniem w trójkącie tej miłości.

Z czasem zżyliśmy się tak bardzo, że opadły niemal wszystkie bariery. Gdy nastawały upały — to znaczy niemal zawsze — Jack miał zwyczaj paradować nago. Czemu nie? W sąsiedztwie nie było nikogo, kto mógłby protestować, a przecież nie musiał czuć się skrępowany w obecności własnej żony i najbliższego przyjaciela. Zazdrościłem mu tej swobody, lecz nie poszedłem w jego ślady, gdyż nie uważałem za stosowne obnażać się przed Shirley. Nosiłem zatem szorty. Sprawa była delikatnej natury, obrali więc — jak zwykle w takich wypadkach — bardzo subtelny sposób jej rozwiązania. Pewnego sierpniowego dnia, kiedy temperatura przekraczała grubo sto stopni, a olbrzymie słońce zdawało się zajmować czwartą część nieba, razem z Jackiem pracowaliśmy w ogródku, pielęgnując hodowlę pustynnych roślin, z których byli bardzo dumni. Gdy pojawiła się Shirley, niosąc piwo dla ochłody, spostrzegłem, iż tym razem nie założyła dwóch skrawków materiału, które zazwyczaj stanowiły całe jej odzienie. Podeszła zupełnie bez skrępowania, położyła tacę na ziemi, podała mi piwo, później Jackowi; oboje nie okazywali najmniejszego śladu zakłopotania. Wstrząs wywołany widokiem jej ciała był tyleż nagły, co krótkotrwały. Shirley normalnie, na co dzień, nosiła tak skąpy opalacz, że kształty jej piersi i pośladków nie stanowiły dla mnie najmniejszej tajemnicy. Tak więc to czy były one zakryte, czy też odkryte, nie miało faktycznie większego znaczenia.

Kierowany pierwszym impulsem chciałem odwrócić wzrok, aby nie posądzono mnie o podglądactwo. Wyczułem jednak instynktownie, iż właśnie ten odruch pragnęła zniszczyć, więc ogromnym wysiłkiem woli postanowiłem sprostać jej oczekiwaniom. Być może zabrzmi to śmiesznie i niedorzecznie, ale zacząłem powoli chłonąć ją wzrokiem, niczym rzeźbę przepięknej roboty wystawioną na publiczny widok, a swoje uznanie i podziw okazywałem, studiując uważnie każdy szczegół. Umyślnie odwlekałem moment, gdy moje oczy spoczną na częściach dotąd nie widzianych: różowych wzgórkach sutek i złotawym wzniesieniu łona. Jej ciało dojrzałe i pełne połyskiwało w jaskrawym blasku słońca niczym natarte olejkiem, opalenizna pokrywała szczelnie całą skórę. Gdy ukończyłem wreszcie te szczegółowe, choć dość niedorzeczne oględziny, wychyliłem jednym haustem połowę puszki z piwem, wstałem i powoli ściągnąłem szorty.

Od tego czasu przestaliśmy dostrzegać we wzajemnej nagości jakiekolwiek tabu, co znacznie ułatwiło życie w tym niewielkim domu. Wstyd zaczął wydawać mi się — a chyba również im — rzeczą najzupełniej zbędną w naszych stosunkach. Pewnego razu, gdy grupa turystów pomyliła drogowskazy na skrzyżowaniu i dotarła pustynnym szlakiem aż do naszej siedziby, nie próbowaliśmy nawet okryć swych ciał, nie zdając sobie zupełnie sprawy z własnej nagości. Dopiero później zrozumieliśmy, dlaczego ludzie w samochodzie mieli takie zaszokowane miny, dlaczego tak szybko zawrócili i zniknęli za horyzontem.

Istniała jednak bariera, która nie została nigdy przekroczona. Nigdy nie poruszyłem przy Jacku tematu jego teorii fizycznych, jak również nie spytałem o przyczyny, dla których przerwał prace nad nimi.

Czasami rozmawialiśmy o sprawach zawodowych. Jack pytał wtedy, jak postępują badania nad moim projektem odwrócenia czasu. Zadawał parę ogólnikowych pytań, sprowadzając dyskusję na temat trudności, z jakimi się aktualnie borykam. Sądzę, że miał to być swoisty zabieg terapeutyczny.

Skoro przyjechałem do nich w odwiedziny, to z pewnością byłem w impasie i potrzeba mi pomocnej dłoni. Wszystko wskazywało na to, iż nie był na bieżąco z najnowszymi badaniami. Nigdzie w całym domu nie dostrzegłem ani jednej znajomej, zielonej okładki „Physical Review” czy „Physical Review Letters”. Nie mogłem tego do końca zrozumieć. Próbowałem wyobrazić sobie własne życie bez fizyki, lecz nie byłem w stanie wywołać nawet mglistego obrazu. A Jackowi jakoś się to udawało. Nie śmiałem zapytać za jaką cenę. Tylko on mógłby wyjawić mi prawdę.

Jack i Shirley wiedli spokojne, samotne życie w swym pustynnym raju. Sporo czytali, uzbierali potężną fonotekę i zakupili aparaturę, by nagrywać, a następnie odtwarzać najróżniejsze soniczne zlepianki. Shirley władała tym sprzętem. Niektóre jej dzieła były nawet niczego sobie. Jack układał wiersze, które wymykały się mojemu zrozumieniu. Czasami pisał artykuły o życiu na pustyni do specjalistycznych miesięczników. Twierdził, iż pracuje nad pewnym obszernym filozoficznym traktatem, którego nie było mi jednak dane nigdy obejrzeć. Uważam, iż w zasadzie oboje byli ludźmi ospałymi, nie mówię tego jednak w sensie negatywnym. Wypadli po prostu z maratonu życia, skoncentrowali się na sobie samych, niewiele produkowali, niewiele konsumowali, byli szczęśliwi. Nie mieli dzieci, bo tak zdecydowali. Opuszczali swą pustynną enklawę nie częściej niż dwa razy do roku, robiąc szybkie wypady do Nowego Jorku, San Francisco czy Londynu, a potem wracali z powrotem tam, gdzie był ich dom. Jack i Shirley mieli czworo albo pięcioro innych przyjaciół, którzy także ich odwiedzali, nigdy jednak nie spotkałem żadnego z nich. Nie sądzę również, aby ktokolwiek był im bliższy ode mnie. Przez większą część roku Jack i Shirley mieszkali zupełnie sami. Sporadyczne wizyty doskonale zaspokajały ich potrzebę kontaktu z ludźmi z zewnątrz. Nie bardzo wiedziałem, co tak naprawdę siedzi w tej parze, wydawać by się mogło, idealnie dopasowanej. Z zewnątrz mogli sprawiać wrażenie ludzi nieskomplikowanych — dwójka dzieciaków żyjących w symbiozie z przyrodą, biegających nago po rozpalonej, pustyni, jak gdyby poza zasięgiem całej podłości tego świata. Jeśli tkwiło w nich coś głębszego, czyniącego ich obojętność pozorną, wymykało się to mojemu rozumieniu. Mimo to kochałem ich i czułem, że wzajemnie się przenikamy, że każde stanowi jakąś część pozostałej dwójki. Okazało się to jednak złudzeniem — Jack i Shirley byli istotami obcymi i w efekcie opuścili ten świat, gdyż do niego nie należeli. Kto wie, może byłoby lepiej, gdyby do końca wytrwali na swym odludziu.

W owym tygodniu przed Świętami Bożego Narodzenia, kiedy Vornan-19 zstąpił na świat, udałem się do ich enklawy, szukając spokoju. Praca straciła dla mnie cały swój czar, znużenie przywiodło mnie na skraj desperacji. Od piętnastu lat żyłem na krawędzi wielkiego odkrycia, a że krawędzie nie kojarzą się jedynie z bezdennymi otchłaniami, ale również przywodzą na myśl średnio głębokie przepaście, przeto mozolnie usiłowałem przebyć jedną z nich. Podczas wspinaczki szczyt wciąż umykał mi w dal, aż w końcu poczułem, że to, co wydawało mi się szczytem, jest jedynie moim złudzeniem. Czymkolwiek ono było, nie przedstawiało dostatecznej wartości, by płacić tak ogromny haracz. Podobne momenty całkowitego zwątpienia zdarzały mi się regularnie. Zdawałem sobie sprawę, że są irracjonalne. Przypuszczam, że każdy musi raz po raz przeżyć chwile strachu, iż zmarnował życie; może poza tymi, którzy zmarnowali je rzeczywiście i dzięki miłosierdziu opatrzności nie mieli o tym pojęcia. No bo cóż można rzec o człowieku, który strawił cały żywot wypełniając niebo lśniącym, krzykliwym obłokiem propagandy? Co rzec o urzędniczynie, który duszę zaprzedał wypisywaniu upomnień z biblioteki? Co rzec o projektancie karoserii, maklerze giełdowym, przewodniczącym studentów? Czy oni wszyscy przeżyli kiedykolwiek kryzys wartości?

Ja natomiast zdecydowanie wpadłem w szpony rozpaczy. Dalsze badania stanęły pod znakiem zapytania, myślami ulatywałem w stronę Jacka i Shirley. Na krótko przed Świętami zamknąłem biuro, kazałem odkładać pocztę i udałem się do Arizony. Nie krępowały mnie zajęcia semestralne ani wakacje uniwersyteckie — pracowałem, gdy czułem potrzebę, wyjeżdżałem, kiedy miałem ochotę.

Droga z Irvine do Tuscon zabrała mi trzy godziny jazdy samochodem. Wprowadziłem wóz na pierwszą z brzegu nitkę transportową biegnącą w kierunku gór i pozwoliłem, by niosła mnie na wschód, wzdłuż błyszczącego szlaku. Resztą zajął się elektroniczny mózg w Sierra Nevada. Nieomylnie odłączył mnie od reszty składu zdążającego w stronę Phoenix i skierował do Tuscon. Po drodze wyhamował prędkość trzystu mil na godzinę, dostarczając mnie całego i zdrowego na dworzec, gdzie znów przejąłem stery wozu. Na wybrzeżu padał deszcz i było dość chłodno, lecz tutaj słońce świeciło jasno, a temperatura przekraczała osiemdziesiąt stopni. Zatrzymałem się w Tuscon, aby naładować baterie wozu. Zapomniałem uczynić to przed wyjazdem, przez co okradłem firmę Edison z południowej Kalifornii na sumę kilku dolarów. Potem ruszyłem w głąb pustym. Pierwszy odcinek pokonałem autostradą międzystanową nr 89, następnie po około kwadransie skręciłem na szosę, aby po chwili zboczyć także i z tej arterii na wąską ścieżynę, wiodącą do serca pustyni. Większość tych terenów należy do Indian Papago i dlatego właśnie uniknęły one plagi uprzemysłowienia gnębiącej Tuscon. W jaki sposób Jack i Shirley uzyskali prawa do swojego kawałka ziemi, do dziś nie mam pojęcia. Żyli tutaj samotnie, co wydaje się nieprawdopodobne u progu dwudziestego pierwszego wieku. Istnieją jednak w Stanach Zjednoczonych podobne miejsca, gdzie można umknąć i skryć się. Ostatni, pięciokilometrowy odcinek przebyłem po ubitym, ziemnym szlaku, któremu można było nadać miano drogi jedynie dzięki semantycznej żonglerce. Czas przestał odgrywać rolę. Mogłem pójść w ślady jednego z mych elektronów i cofnąć się aż do zarania świata. Była to pustka, która wysysa cierpienie ze skołatanej duszy, podobnie jak ciepło ujarzmia dzikie pląsy molekuł.

3