Maski czasu | Страница 22 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

Poczyniliśmy wszelkie możliwe kroki, aby maksymalnie ograniczyć element ryzyka. Doświadczenie nauczyło nas, jak blokować dostęp do Vornana przymilnym, wrażliwym osobnikom, łatwym celom ewentualnych napadów złośliwości. Byliśmy świadkami, jak Vornan najpierw z niekłamanym podziwem obserwował olbrzymi biust wydekoltowanej kustoszki, która oprowadzała nas po clevelandzkim muzeum. Powinniśmy spodziewać się wszystkiego najgorszego po tych spojrzeniach pełnych uwielbienia. Nie zdołaliśmy jednak zareagować na czas, gdy Vornan niespodziewanie wyciągnął dłoń i wepchnął ją kobiecie za gorset, a następnie dla żartu poraził niewielkim elektrycznym impulsem. Po tym incydencie starannie izolowaliśmy wszystkie kobiety w średnim wieku z wydatnym biustem przed bezpośrednim kontaktem z naszym pupilkiem. Staraliśmy się również przewidywać oraz w porę zapobiegać wszelkim innym zajściom i jeśli na tuzin porażek przypadł jeden sukces, znaczyło to, że nie jest jeszcze tak źle.

Znacznie gorzej radziliśmy sobie, jeśli chodzi o wydobywanie z naszego gościa informacji na temat jego epoki albo okresu przejściowego. Od czasu do czasu raczył nas smakowitym kąskiem. Wspomniał na przykład o bliżej nie zdefiniowanym przewrocie politycznym pod nazwą Czasu Czystek, o wizycie przybyszów z innych gwiazd, o wspólnocie zwanej Centralą, lecz w zasadzie nie powiedział nic konkretnego. Nic, poza paroma ogólnikami.

Każdy z nas miał wiele okazji, aby zadać dręczące pytania. Przesłuchania tego typu wyraźnie nudziły naszego gościa, lecz mimo znużenia zręcznie unikał podawania jakichkolwiek konkretów. Pewnego popołudnia, podczas pobytu w St. Louis, odbyłem z Vornanem wielogodzinną rozmowę, starając się usilnie wydobyć informacje o podstawowym znaczeniu. Doznałem jednak rozczarowania.

— Nie miałbyś ochoty opowiedzieć mi, w jaki sposób dotarłeś do naszego czasu? Coś o waszym urządzeniu transportującym?

— Chodzi ci o mój wehikuł czasu?

— Właśnie. Twój wehikuł czasu.

— W zasadzie trudno mówić tu o wehikule, Leo. Nie posiada żadnych dźwigni i zegarów.

— Mógłbyś powiedzieć coś bliższego? Wzruszył ramionami.

— To nie takie proste. Trzeba wysilić wyobraźnię. Niewiele widać z zewnątrz. Wchodzi się do pomieszczenia i zaczyna działać pole, a potem… — jego głos zamarł. — Przykro mi. Nie jestem naukowcem. Widziałem tylko samo pomieszczenie.

— Inni obsługiwali aparaturę?

— Tak. Ja byłem jedynie pasażerem.

— A ta siła, która przeniosła cię poprzez czas…

— Szczerze mówiąc, mój drogi, nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, co to takiego.

— W tym cały problem, że ja również. Z tego, co wiem na temat fizyki, wynika jasno, że nie można wysłać żywej istoty w przeszłość.

— Ale ja tutaj jestem, Leo. Stanowię żywy dowód.

— Pod warunkiem, że w ogóle podróżowałeś w czasie. Był wyraźnie zbity z tropu. Chwycił mnie za rękę; palce miał zimne i delikatne.

— Masz jakieś wątpliwości, Leo? — spytał urażony.

— Próbuję jedynie wywnioskować, na jakiej zasadzie działa twój wehikuł czasu.

— Wierz mi, Leo, że powiedziałbym ci, gdybym sam wiedział. Osobiście bardzo cię lubię, tak samo jak resztę zapracowanych, uczciwych ludzi tutaj. Ale nie mam nawet bladego pojęcia o tej aparaturze. Popatrz na to z innej strony: gdybyś wsiadł do samochodu i przeniósł się za jego pomocą do roku 800, to czy umiałbyś wyjaśnić ówczesnym mieszkańcom Ameryki, jak działa silnik?

— Potrafiłbym podać choć kilka podstawowych zasad. Oczywiście, że nie byłbym w stanie samemu zbudować samochodu, ale wiem na jakiej zasadzie porusza się do przodu. Ty nie wyjaśniłeś nawet tego.

— Tutaj w grę wchodzi urządzenie dużo bardziej skomplikowane.

— Nie przeczę. Chciałbym obejrzeć twój wehikuł.

— Nie, to wykluczone — odparł Vornan z uśmiechem. — Został o tysiąc lat w przyszłości. Dostarczył mnie tutaj i zabierze z powrotem, gdy uznam, że pora wracać. Jednak sam wehikuł, który zresztą, jak już wspominałem, trudno nazwać w ogóle wehikułem, został na miejscu.

— W jaki sposób dasz sygnał do powrotu? — spytałem. Udał, że nie słyszy. Spytał za to o zakres moich obowiązków na uczelni. Standardowy chwyt — odeprzeć niewygodne pytanie, zadając natychmiast własne. Nie byłem w stanie wycisnąć z niego nawet okrucha informacji. Poczułem, jak znów budzi się we mnie sceptyk. Vornan nie potrafił wyjaśnić mechanizmu podróży w czasie, gdyż nigdy nie podróżował w czasie. Zwyczajny oszust i naciągacz — co należało dowieść. Gdy spytałem o przemianę form energii, znów napotkałem te same ogólniki. Nie potrafił jasno sprecyzować, kiedy wprowadzono ten system do użytku, na jakiej zasadzie działał, ani kto był wynalazcą.

Jeśli chodzi o wyciskanie informacji, pozostałym członkom naszego komitetu wiodło się trochę lepiej. Szczególne sukcesy w tej materii święcił Lloyd Kolff, dlatego zapewne, że nie omieszkał głośno artykuować swych wątpliwości. Z początku nie nękał naszego gościa zbytnio, w obawie przed gwałtowną reakcją, a może z powodu wrodzonego lenistwa. Podstarzały filolog wykazał się wyjątkową opieszałością. Zawodowe laury zbierał jakieś ćwierć wieku temu, obecnie jednak swój czas wolał poświęcać na rozrywki, sprawy naukowe pozostawiając młodszym kolegom. Podobno staruszek Lloyd począwszy od roku 1980 nie opublikował żadnego artykułu w prasie fachowej. Wszystko wskazywało na to, że traktuje naszą obecną misję jako zwykłą zabawę, interesujący sposób na spędzenie zimy, którą wypełniłaby inaczej nuda i rutyna. Jednak pewnego wieczoru w Denver, kiedy za oknem hulała śnieżyca, Kolff postanowił wreszcie zagadnąć Vornana o parę spraw z zakresu lingwistyki. Do dziś nie mam pojęcia, co go wówczas podkusiło.

Siedzieli razem zamknięci przez długi czas. Z pokoju hotelowego, który zajęli, dolatywał tubalny głos Kolffa. Zawodził coś rytmicznie w nieznanym nam języku — może recytował erotyczne ballady w sanskrycie. Potem zaczął tłumaczyć te wiersze na angielski i od czasu do czasu łapaliśmy pojedyncze słowa, najczęściej sprośne, a raz nawet całą swawolną strofkę opiewającą uroki cielesnej miłości. Po chwili znudziło nas słuchanie — znaliśmy repertuar Kolffa z poprzednich recitali. Kiedy znów nastawiłem ucha, doleciał mnie śmiech Vornana, tnący niczym srebrny skalpel tubalne ryki Kolffa. Wydawało mi się również, że Vornan zaczął przemawiać w nieznanym języku. Sprawy najwyraźniej przyjęły poważny obrót. Kolff przerwał gościowi, zadał pytanie, sam zaczął coś recytować, a potem na nowo rozległ się głos Vornana. W tym momencie do naszego pokoju wkroczył Kralick i rozdał każdemu plan zajęć na najbliższe przedpołudnie — ni mniej ni więcej, mieliśmy zwiedzać kopalnię złota. Rozmowa, jaką toczył Kolff z Vornanem, odeszła na dalszy plan.

Jakąś godzinę później do pokoju, w którym siedziała reszta komitetu, wszedł Kolff. Sprawiał wrażenie mocno poruszonego. Pociągał co chwila za swoje mięsiste małżowiny, skubał wałki skóry na szyi, w końcu zaczął strzelać kostkami palców, co przypominało rykoszety pocisków z pistoletu maszynowego.

— Niech to cholera — mruknął. — Niech to ciężka, zaraźna cholera!

Przemierzał pomieszczenie wielkimi krokami, przystawał co jakiś czas przy oknie, spoglądając na pokryte śnieżnym całunem wieżowce.

— Macie tu coś do picia? — spytał wreszcie.

— Rum, burbon, szkocka — oznajmiła Helen. — Nie krępuj się.

Kolff podszedł do stołu, gdzie stały na wpół opróżnione butelki, wybrał burbona i pociągnął łyk, który mógłby swobodnie powalić hipopotama. Potem wziął jeszcze kilka podobnych łyków, przechylając coraz wyżej denko flaszki, a na końcu cisnął nią o podłogę. Stał pewnie na obu nogach i tarł w zamyśleniu ucho. Usłyszałem, jak przeklina, zapewne w staroangielszczyźnie.

— Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? — spytała Aster.

— Owszem. Całkiem sporo — odparł Kolff, opadł na fotel i uruchomił wibrator. — Dowiedziałem się mianowicie, że Vornan nie jest oszustem.

Heymanowi opadła szczęka z wrażenia. Helen sprawiała wrażenie mocno zaskoczonej, a nie sądziłem dotąd, aby cokolwiek było w stanie wytrącić ją z równowagi.

— Co chcesz przez to, u diabła, powiedzieć, Lloyd? — wybuchnął Fields.

— Vornan rozmawiał ze mną… w swoim własnym języku — odparł Kolff. — Przez bite pół godziny. Wszystko mam skrzętnie nagrane. Jutro oddam taśmę do komputerowej analizy. Ale już teraz mogę z całą pewnością powiedzieć, że to nie żaden numer. Jedynie geniusz mógłby wymyślić podobny język.

Kolff potarł nerwowo czoło.

— Dobry Boże! Człowiek z innego czasu! Kto by pomyślał?

— Rozumiałeś, co mówi? — zapytał Heyman.

— Dajcie mi jeszcze pić — zażądał Kolff.

Wziął od Aster kolejną butelkę burbona i przytknął ją do ust. Później poklepał się po brzuchu i zamachał dłonią przed oczami, jakby chciał odgarnąć pajęczyny. Wreszcie podjął przerwany wątek.

— Nie, nie zrozumiałem co mówi. Ale poznałem sam szkielet języka. Vornan używa angielskiego, lecz jest to angielski równie nam odległy, co ten, którym spisano kroniki anglosaksońskie. Mnóstwo w nim naleciałości azjatyckich. Rozpoznałem ślady perskiego, bengalskiego, japońskiego. Jestem również pewien paru wyrazów z arabskiego i malajskiego. To istny tygiel językowy.

Tutaj Kolff urwał i głośno czknął.

— Sami wiecie, że nasz angielski to także niezły tygiel. Wiele u nas naleciałości z duńskiego, francuskiego, saksońskiego, okropny bałagan, dwa główne korzenie: germański i łaciński. Mamy więc wiele synonimów: preface i foreword, perceive i know, power i might. Jednakże oba te korzenie wychodzą z jednego pnia, starego prajęzyka indoeuropejskiego. W czasach Vornana wszystko uległo przemieszaniu. Do użytku weszły słowa z zupełnie obcych grup. Co za język! Wszystko można w nim wyrazić! Dosłownie wszystko! Lecz tak głęboko sięgają tylko korzenie! Same słowa są wygładzone niczym otoczaki w rwącym strumieniu, zniknęła cała szorstkość. Gdy Vornan wypowiada dziesięć słów, to tak, jakbym ja wypowiedział dwadzieścia zdań. Gramatyka — pewnie i pięćdziesiąt lat nie wystarczy, aby rozpracować gramatykę tego języka. Następne pięćset, aby zrozumieć. Ale zostawmy w spokoju gramatykę — kocioł dźwięków, tygiel języków. Niesamowite, niesamowite! Vornan mówi… jakby recytował poezję. Metafizyczną poezję niezrozumiałą dla innych. Rozpoznałem jedynie fragmenty… niewielkie strzępy…

Kolff zamilkł i poklepał się po wydatnym brzuszysku. Był poważny jak nigdy.

Wreszcie Fields przerwał ciszę.

— Skąd ta twoja pewność, Lloyd? Nie potrafisz zrozumieć języka, ale wiesz o nim już tak wiele! Jak sam przyznałeś, nie znasz przecież gramatyki — może nasz gość robi z ciebie balona?

— Jesteś idiotą — odparł spokojnie Kolff. — Powinieneś wreszcie wziąć swoją głowę pod pachę i wysypać te wszystkie śmieci ze środka. Ale wówczas czekałaby cię śmierć z powodu wrodzonej pustoty czaszki.

Fields poczerwieniał. Heyman wstał gwałtownie i zaczął chodzić po pokoju kołysząc się jak pingwin. Stanęliśmy w obliczu kolejnego wewnętrznego kryzysu. Osobiście czułem się potwornie nieswojo. Bo jeśli Kolff — ostatni niedowiarek — skapitulował, to czyż możemy mieć jeszcze jakieś wątpliwości, co do tożsamości Vornana? Dowody świadczyły na jego korzyść. A może wszystko było tylko wytworem chorej wyobraźni Kolffa? Może Aster błędnie zinterpretowała wyniki badań? Może. Może. Niech Bóg nade mną czuwa — ja nie chcę uwierzyć w Vornana, bo cóż byłyby wówczas warte moje osiągnięcia naukowe! I tak nieustannie nękała mnie świadomość, że pogwałciłem kodeks prawdziwego naukowca, gdyż postawiłem diagnozę opierając się jedynie na przeczuciach. Tak czy inaczej jednak, mur sceptycyzmu musi rozpaść się w pył. Jak długo jeszcze mogę dawać odpór faktom? Kiedy wreszcie zaakceptuję stan rzeczy, kiedy ruszę w ślady Aster i Kolffa? Dopiero gdy Vornan na moich oczach dokona transformacji czasu?

— Możesz puścić nam tę kasetę? — spytała słodko Helen.

— Tak, oczywiście. Kaseta.

Wydobył z kieszeni niewielki sześcian i drżącymi dłońmi umieścił go w odtwarzaczu. Uruchomił odczyt i nagle cały pokój wypełniły delikatne, kojące dźwięki. Słuchałem z zapartym tchem. Vornan mówił bardzo śpiewnie, starannie, wyraźnie, perfekcyjnie operował wysokością i tembrem głosu, dzięki czemu mowa bardziej przypominała śpiew. Raz po raz wydawało mi się, że rozumiem pojedyncze słowa, lecz było to tylko złudzenie. Kolff zetknął opuszki palców na wysokości brody, kiwał z uśmiechem głową, parę razy zamajtał nerwowo nogami, coś do siebie pomruczał.

— No i co? Teraz widzicie sami.

Jedyne, co zobaczyłem, a w zasadzie usłyszałem, to dźwięki: zrazu perłowe, potem lazurowe, wreszcie ciemnoturkusowe. Wszystkie tajemnicze, wszystkie nieznane — mimo to wcale nie rozwiały moich wątpliwości. Kiedy zapis dobiegł końca, siedzieliśmy jeszcze dłuższą chwilę w milczeniu, zasłuchani w melodię, która wciąż — jak się zdawało — wisi w powietrzu. Wreszcie Kolff dźwignął się z fotela i schował sześcian z powrotem do kieszeni.

— Chodź — poprosił Helen, która trwała w bezruchu z dziwacznie wykrzywioną twarzą — jakby przed momentem obejrzała fragment mrocznej ceremonii. — Chodź — powtórzył, kładąc jej na ramieniu swoją wielką dłoń — pora już spać. Ale taka dziś noc, że smutno samemu.

Wyszli razem. Nadal brzmiał mi w uszach głos Vornana, recytującego coś w języku, który miał narodzić się dopiero za stulecia albo który był stekiem bzdur dła naiwnych. Poczułem senność owiany dźwiękami przyszłości, a może tylko bełkotaniem oszusta.

Dwunasty

Nasza karawana opuściła zasłane śniegiem Denver i ruszyła na zachód, w stronę słonecznej Kalifornii, lecz już beze mnie. Poczułem ogromny niepokój ducha, przemożną chęć chociaż chwilowej ucieczki z magicznego kręgu Vornana, Heymana, Kolffa i całej reszty. Byłem z nimi już od ponad miesiąca i ogarnęło mnie narastające znużenie. Poprosiłem Kralicka o krótki urlop i dostałem go bez problemu. Wyruszyłem na południe do Arizony z zamiarem złożenia wizyty Jackowi i Shirley. Po tygodniu miałem zamiar z powrotem dołączyć do grupy w Los Angeles.

22