Maski czasu | Страница 21 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Psy, koty, krowy, myszy — chwila wahania. — I parę innych.

— Tylko udomowione gatunki? — spytał ze zgrozą Heyman.

— Tak — odparł Vornan, podnosząc do ust soczysty kawałek steku. Uśmiechnął się szeroko. — Wyborne! Cóż za rozkosze podniebienia umykają nam co dnia!

— Rozumiesz teraz? — wykrzyknął Heyman. — Gdyby ludzie…

— Mamy oczywiście — ciągnął słodko Vornan — wiele smacznych potraw. Muszę przyznać, że chętnie jemy mięso, lecz bardzo niewielu może sobie pozwolić na taki luksus. W każdym razie większość z nas to ludzie wybredni. Podróżowanie w czasie wymaga jednak końskiego żołądka.

— Więc jesteśmy brudnymi i obmierzłymi barbarzyńcami? — spytał głośno Heyman. — Czy za takich właśnie nas uważasz?

— Wasz tryb życia jest diametralnie różny od naszego — odparł zupełnie nie zmieszany Vornan. — To jasne. W przeciwnym razie po co miałbym w ogóle was odwiedzać?

— Nie można z góry zakładać, że jeden sposób na życie jest lepszy czy gorszy od drugiego — odezwała się Helen McIlwain, spoglądając zaczepnie znad smakowitego kęsa dziczyzny. — Życie w jednym przedziale czasu może być bardziej luksusowe niż w innym, bardziej bezpieczne, bardziej ustatkowane. Nie wolno nam jednak używać określeń „lepszy” czy „gorszy”. Z punktu widzenia kulturowego relatywizmu…

— Czy wiecie — oznajmił nagle Vornan — że w moim czasie nie znamy czegoś takiego jak restauracja? Spożywanie posiłku na widoku, razem z obcymi ludźmi, uważamy za nieeleganckie. W Centrali człowiek spotyka obcych w ogóle stosunkowo często. Zupełnie inaczej rzecz się ma w rejonach zewnętrznych. Tamtejsi mieszkańcy nie są wrodzy obcym, ale nie zjedliby w ich obecności posiłku, chyba że chodzi o nawiązanie seksualnej zażyłości. Normalnie ograniczamy grono współbiesiadników do najbliższych przyjaciół.

Zachichotał.

— Dla mnie wizyta w restauracji to sprawa dość kontrowersyjna. Musicie zrozumieć, że was wszystkich traktuję jako bliskich przyjaciół…

Zatoczył ręką krąg, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że chętnie pójdzie do łóżka nawet z Kolffem, jeśli tylko ten wyrazi na to ochotę.

— Mam jednak nadzieję, że któregoś dnia wyświadczycie mi tę uprzejmość i pozwolicie spożyć posiłek w miejscu publicznym. Zapewne chcieliście oszczędzić mi przykrości, wynajmując to kameralne pomieszczenie, lecz muszę któregoś wieczora dać upust swojej bezwstydności.

— Cudowne! — powiedziała Helen McIlwain. — Jedzenie w miejscu publicznym traktowane jako tabu! Gdybyśmy mogli lepiej poznać twoją epokę. Z niecierpliwością oczekujemy wszelkich informacji!

— Właśnie — wtrącił się Heyman. — Na przykład ten przedział historii, znany pod nazwą Czasu Czystek…

— …parę danych na temat badań z zakresu biologii…

— …problemy terapii mentalnej. Ważniejsze psychozy mogłyby nam wiele powiedzieć…

— …okazja, aby przedyskutować pewne zagadnienia natury lingwistycznej…

— …zjawisko odwrócenia czasu. A także parę informacji na temat sposobów pozyskiwania energii… — to był mój własny głos, tonący w ogólnej wrzawie, jaka rozpętała się nad stołem. Oczywiście Vornan nikomu z nas nie udzielił odpowiedzi, skoro nawet nie daliśmy mu dojść do słowa, bełkocząc nieustannie. Kiedy dotarła do nas świadomość bezsensu tego, co robimy, zapadła nieznośna cisza przerywana sporadycznie okruchami słów, które spadały ponad krawędzią naszego zakłopotania prosto w otchłań samoświadomości. Odezwała się w nas frustracja. Podczas tych wszystkich nocy i dni spędzonych na wspólnej karuzeli z Vornanem, jego epokę poznaliśmy jedynie w ogólnikach. Tu słówko, tam skrawek informacji, nigdy szerszego obrazu społeczeństwa, którego rzekomo był emisariuszem. Każdy z nas wprost kipiał od nie zadanych pytań.

Tego wieczoru nie poznaliśmy jednak odpowiedzi. Tego wieczoru dalej biesiadowaliśmy nad frykasami przemijającego czasu: piersiami feniksa i combrem jednorożca. I słuchaliśmy uważnie Vornana. Bardziej niż zwykle pragnęliśmy sami rozmawiać, zadowalając się upuszczanymi raz po raz okruszkami wiedzy na temat zwyczajów kulinarnych trzydziestego stulecia. Przepełniała nas wdzięczność, że dane nam było poznać choć tyle. Nawet Heyman wczuł się na tyle w sytuację, że zaprzestał lamentów nad nieszczęsnym losem dziczyzny, która przyozdobiła nasze półmiski.

Kiedy nadeszła pora, aby powoli wracać do hotelu, znów dał o sobie znać aż nazbyt znajomy syndrom. Miasto obiegła wieść, że człowiek z przyszłości gości w restauracji i pod drzwiami naszego kameralnego apartamentu zgromadził się spory tłum. Kralick wydał rozkaz strażnikom uzbrojonym w neurobicze, aby oczyścili dolną salę. Przez chwilę wyglądało na to, że nie obędzie się bez użycia broni. Przynajmniej setka ludzi wstała od stołów i zaczęła napierać na kordon, gdy tylko pojawiliśmy się na schodach. Pragnęli za wszelką cenę ujrzeć, dotknąć, doświadczyć obecności Vornana. Ich twarze napełniły mnie lękiem. Na niektórych dostrzegłem wyraz sceptycyzmu, na innych znów bezmyślny grymas, na wielu jednak gościła żarliwa wiara i oddanie, tak często widoczne podczas ostatnich dni. Było to coś więcej niż chęć przeżycia niezwykłej chwili. Było to wołanie o mesjasza. Ci ludzie pragnęli upaść na twarz przed Vornanem. Nie wiedzieli o nim nic poza informacjami z serwisów, a jednak przybywali, aby wypełnić jego tajemniczą obecnością pustkę swojej egzystencji. Co ich przyciągało? Urok osobisty, otwarte wejrzenie, magnetyczny uśmiech, niesamowity głos? Z pewnością tak, ale także posmak nieznanego, gdyż w każdym jego słowie i czynie czuć było tajemniczą aurę. Przebywałem za blisko Vornana, aby móc go czcić. Widziałem jego bezgraniczną pewność siebie, jego książęce maniery, jego nienasycony apetyt na wszelkiego rodzaju zmysłowe przyjemności. Gdy człowiek jest świadkiem, jak mesjasz je śniadanie, a potem śpi z legionem powolnych kobiet, trudno mu później szczerze oddawać hołdy. Niemniej, wyczuwałem w nim siłę. Zacząłem powoli zmieniać zdanie na temat przybysza. Z początku byłem mu wrogi, przepełniony nieufnością i wątpliwościami. Moja postawa nieco zmiękła, kiedy zaprzestałem dodawać kwantyfikator „założywszy oczywiście, iż ów człowiek mówi prawdę”, przed każdym spostrzeżeniem na jego temat. Moim dotychczasowym stosunkiem do niego zachwiały nie tyle same wyniki badań krwi, co ogólne wrażenie, jakie wywierał Vornan. Obecnie trudniej przyszłoby mi wyobrazić go sobie jako kłamcę niż jako gościa spoza czasu. Stawiało mnie to rzecz jasna w sprzeczności z tym, co głosiła nauka. Byłem zmuszony zaakceptować koncepcję, którą nadal uważałem za nierealną pod względem fizycznym: prawdziwie orwellowski paradoks. Płaciłem tym samym haracz wobec Vornana i wierzyłem całym sercem, że zrozumiem dzięki temu choć odrobinę z tego, co pcha ludzi w jego objęcia i każe im wyciągać ku niemu dłonie. Udało nam się jakoś opuścić restaurację, unikając nieprzyjemnych incydentów. Pogoda była pod psem i na zewnątrz czekało niewielu ludzi. Przemknęliśmy obok nich, prosto do samochodów. Bladzi szoferzy odwieźli nas pod hotel. Podobnie jak w Nowym Jorku, również i tutaj zajmowaliśmy cały korytarz w najbardziej odizolowanej części budynku. Gdy tylko dotarliśmy na właściwe piętro, Vornan przeprosił nas i zniknął w swoim pokoju. Przez ostatnie parę nocy sypiał z Helen McIlwain, lecz wyprawa do burdelu pozbawiła go, jak się zdaje, zainteresowania kwestiami seksu przynajmniej na pewien czas, co zresztą nie powinno nikogo dziwić. Strażnicy zabezpieczyli drzwi jego apartamentu. Kralick, blady i wymizerowany, pomaszerował do siebie, aby wysmażyć raport dla szefostwa w Waszyngtonie. My natomiast zasiedliśmy w jednym z pokoi, żeby ukoić nerwy przed snem.

Nasz sześcioosobowy komitet obcował ze sobą już dostatecznie długo, aby opracować różnorakie metody wzajemnej komunikacji. Nadal dzieliła nas kwestia autentyzmu Vornana, lecz owo rozbicie nie rysowało się już tak ostro, jak przedtem. Kolff, totalny sceptyk, nadal uważał Vornana za szaleńca, ale podziwiał jego pewność siebie i brawurę. Heyman, który z początku należał całą duszą do obozu Kolffa, teraz nie był już tak pewien swoich racji. Nigdy by się do tego otwarcie nie przyznał, ale widać było, że powoli ciąży w kierunku frakcji pro. Głównie za sprawą paru nęcących strzępów informacji, jakie Vornan objawił na temat przyszłego biegu historii. Helen McIlwain nadal traktowała Vornana śmiertelnie poważnie. Natomiast Morton Fields powoli wycofywał swoje poparcie dla przybysza. Moim zdaniem, był zazdrosny o łóżkowe sukcesy naszego gościa i chciał w ten sposób zemścić się na nim.

Aster była z początku neutralna i postanowiła czekać na konkretne dowody. Nie trwało to długo. Teraz całą duszą wierzyła, że Vornan przybył z odległej przyszłości. Jako biochemik, po zbadaniu próbki krwi zyskała niepodważalny dowód. Jak już powiedziałem, osobiście coraz bardziej skłaniałem się ku wersji Vornana. Kierowały mną jednak pobudki czysto emocjonalne. Na gruncie naukowym jego historia nadal pozostawała zjawiskiem niemożliwym. Tak więc aktualnie mieliśmy dwoje żarliwych wyznawców, dwoje byłych sceptyków, którzy trwali w stanie przejściowym, jednego byłego zwolennika, który przeszedł do przeciwnego obozu oraz jednego zagorzałego niedowiarka. Vornan wyszedł z tych przetasowań obronną ręką. Stopniowo zdobywał nawet przewagę.

Jak dotąd emocje targające naszą sześcioosobową grupą nie traciły na sile i gwałtowności. Zgodni byliśmy jedynie w jednej kwestii: mieliśmy mianowicie powyżej uszu F. Richarda Heymana. Sam widok bujnej, rudawej brody naszego historyka przyprawiał mnie o bóle głowy. Byliśmy już zmęczeni jego zadęciem, jego dogmatyzmem, sposobem, w jaki traktował pozostałych członków komitetu — jak gdyby byli średnio rozgarniętymi dyplomantami. Również Morton Fields powoli zaczynał grać nam na nerwach. Za fasadą ascety krył się rozpustnik (co w sumie było mi obojętne), a na dobitkę osobnik niedowartościowany, czego tolerować na dłuższą metę nie byłem w stanie. Zabiegał o względy Helen i dostał kosza. Marzyła mu się Aster i nic z tego nie wynikło. Helen uprawiała rodzaj zawodowej nimfomanii, wychodząc z założenia, iż obowiązkiem kobiety-etnologa jest zbadać całą ludzkość z możliwie najmniejszego dystansu. W takim świetle porażka, jaką poniósł Fields, była tym bardziej dotkliwa. Nim upłynął tydzień od chwili zawiązania naszego komitetu, Helen zdążyła przespać się z każdym jego członkiem. Do grupy tych szczęśliwców nie należał Sandy Kralick, który żywił wobec Helen zbyt wielką obawę, oraz biedaczyna Fields. Bez dwóch zdań, to właśnie dopełniło czary goryczy. Osobiście podejrzewam, iż Helen miała z nim jakiś zatarg natury naukowej, zanim wyszła sprawa z Vornanem, co w efekcie doprowadziło do psychicznej kastracji oponenta. Potem Fields skierował swe zapędy w kierunku Aster. Aster jednak była równie niedostępna co anioł. Z łatwością umknęła wszelkim zakusom, sprawiając przez cały czas wrażenie, jakby żyła w innym świecie i nie wiedziała o co chodzi. (Aster wzięła co prawda pamiętny prysznic wspólnie z Vornanem, nikomu z nas jednak nawet przez myśl nie przeszło, że mogło wówczas dojść do jakichś aktów cielesnego zbliżenia. Jej kryształowa niewinność sprawiała wrażenie odpornej nawet na działanie męskiego uroku Vornana.)

Tak więc Fields nabawił się kompleksów pryszczatego nastolatka, co — jak nietrudno sobie wyobrazić — zaowocowało bardzo bujnie podczas dyskusji. Skrywał swą frustrację za fasadą fachowej terminologii, a w środku wyraźnie cały płonął, przeklinając w duchu. Taka dwulicowa postawa budziła niechęć Lloyda Kolffa, który jednak w swej falstaffiańskiej dobroduszności bolał nad smutnym losem kolegi. Kiedy Fields zaczął przeciągać strunę, Kolff postanowił ukrócić te wybryki i burknął coś jowialnie. To tylko pogorszyło sytuację. Z Kolffem natomiast łączyły mnie przyjacielskie stosunki. Wnosił nieco ożywczej witalności, potrafił doskonale zabawić towarzystwo. Również udział Helen McIlwain w naszym komitecie bardzo mnie cieszył i to nie tylko ze względu na nocne spotkania. Mimo skrajnego fanatyzmu w kwestii kulturowego relatywizmu, tryskała energią, dysponowała najświeższymi plotkami, chodziła nieustannie uśmiechnięta. Zawsze można było na nią liczyć, jeśli chodzi o wszczęcie naukowej dysputy na temat powodów wycinania łechtaczek u północnoafrykańskich tubylek albo ilości ofiar składanych podczas ceremonii inicjacji na Nowej Gwinei. Co do Aster Niezgłębionej, Aster Nieprzeniknionej, Aster Niewiadomej, skłamałbym mówiąc, że za nią przepadałem. Stanowiła dla mnie zagadkę. Oczywiście do czasu, gdy zobaczyłem ją nagą pod natryskiem. Aura tajemniczości ulotniła się niczym bańka mydlana. Mimo wszystko Mikkelsen pozostała czysta — Diana biochemii, magicznie uwięziona w klatce szesnastu lat. Podczas naszych częstych rozmów na temat Vornana Aster rzadko zabierała głos, ale zawsze rozsądnie. Gdy minął styczeń, nasz objazdowy cyrk ruszył w dalszą trasę, kierując się na zachód. Vornan był równie niezmordowanym turystą co kochankiem. Pokazywaliśmy mu fabryki, elektrownie, muzea, węzły komunikacyjne, stacje meteorologiczne, punkty przeładunkowe, ciekawsze restauracje oraz całą masę innych rzeczy, po części wykonując polecenia oficjeli, a po części spełniając prośby samego Vornana. Nieustannie wpędzał nas w kłopoty. Zauważywszy zapewne, iż znajduje się poza ramami „średniowiecznej” moralności, nadużywał na różne sposoby naszej gościnności: uwodził osobników wszelkiej płci i maści, bezczelnie profanował świętości, twierdził bez zająknięcia, że uważa nasz świat za osobliwie prymitywny, a tym samym niezwykle godny uwagi. To jego zuchwalstwo działało na mnie odświeżająco, w równym stopniu fascynowało, co napawało niechęcią. W każdym razie skandaliczność niektórych zachowań zdawała się być najlepszym gwarantem autentyczności, co skutecznie uśmierzało ewentualne głosy protestu. Vornan był nietykalny, był wędrowcem spoza czasu, gościem w naszym świecie. A nasz świat, choć zbity z tropu i niepewny jutra, gościł go serdecznie.

21