Maski czasu | Страница 19 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— Tak.

Nagle przestraszyłem się, czy Vornan będzie w stanie zrozumieć pisane instrukcje. Mówił po angielsku biegle, co nie oznacza przecież, że zna również język pisany. Myślałem, czy nie pospieszyć z pomocą, ale komputer znów coś wyświetlił na ekranie.

Pytał o moje upodobania.

„Kobieta?”

— Tak.

„Przed trzydziestką?”

— Tak. — Po chwili wahania. „Preferowany kolor włosów?” Zwlekałem z odpowiedzią.

— Rude — oznajmiłem w końcu, dla urozmaicenia. „Typ sylwetki. Proszę wybrać naciskając odpowiedni guzik pod ekranem.”

Pojawiły się trzy postacie kobiece: gustownie szczupła i chłopięca, przeciętna z krągłościami oraz hipercycata, pędzona sterydami seksbomba. Moja dłoń błądziła po przyciskach. Kusiło mnie, aby wybrać najbardziej „hojną”, lecz szukałem przecież urozmaicenia. Ostatecznie zdecydowałem się na szczupłą, bo przypominała Aster Mikkelsen.

Teraz komputer zaczął mnie nagabywać o rodzaj miłości jaki mam zamiar uprawiać. Zostałem rzetelnie poinformowany, iż za specjalne usługi pobierana jest dodatkowa opłata. Na ekranie pojawił się spis i z chorobliwą fascynacją spostrzegłem, że sodomia jest pięciokrotnie droższa od miłości francuskiej, zaś sadyzm znacznie przewyższa cenowo masochizm. Zrezygnowałem więc z batów, hiszpańskich kołnierzyków oraz reszty sprzętu. Niech inni korzystają z tych wątpliwych przyjemności. Ja w takich sprawach zachowuję daleko posunięty konserwatyzm.

Następnie, skoro zdecydowałem się już na standardowy seans, musiałem wybrać preferowane pozycje. Pojawiła się scena jakby żywcem wyjęta z Kamasutry — dwadzieścia par splecionych na najbardziej nieprawdopodobne sposoby. Widziałem świątynie Konarak i Khadżuraho, te pomniki hinduskiego przepychu i wyuzdania; ściany pokryte wizerunkami muskularnych mężczyzn i swawolnych kobiet; Kriszna i Radna we wszystkich możliwych kombinacjach i permutacjach, jakie tylko można sobie wyobrazić. Obrazki na ekranie emanowały podobną siłą, lecz brakło im tej wyrazistości, jaką posiadały lśniące, kamienne wizerunki sporządzone pod indyjskim niebem. Po chwili namysłu wybrałem jedną z pozycji, która wzbudziła we mnie szczególną ciekawość.

Teraz przyszła kolej na najbardziej delikatną kwestię: komputer spytał o moje nazwisko i numer identyfikacyjny.

Podobno obowiązek podawania danych personalnych wprowadzili urzędnicy, których przekupili purytanie toczący desperacki bój o zlikwidowanie programu legalnej prostytucji. Przyświecała im myśl, iż nikt nie będzie korzystał z tego typu usług wiedząc, iż jego numer i fotografia zostaną zapisane w komputerze. Później ktoś mógłby przecież zdobyć te dane i wykorzystać do stworzenia kompromitującego dossier. Inni urzędnicy, po bezskutecznych wysiłkach, aby zlikwidować tę kłopotliwą formalność, ogłosili uroczyście, iż wszelkie informacje dotyczące klientów pozostaną na zawsze poufne. Sądzę jednak, że wciąż istnieje spora grupa ludzi, która nie korzysta z proponowanych tu usług, gdyż nie ma ochoty ujawniać przy tym nazwiska. Ale czego ja miałbym się obawiać? Mojego dorobku naukowego nie jest w stanie zniszczyć niewielka moralna dwuznaczność. A zresztą trudno mówić o dwuznaczności, skoro ten przybytek płaci państwu słone podatki. Podałem swoje nazwisko i numer identyfikacyjny. Zastanawiałem się chwilę, jak przez to przebrnie Vornan, który nie ma przecież numeru identyfikacyjnego. Pewnie komputer został zawczasu uprzedzony o naszej wizycie, bo obyło się bez dodatkowych kłopotów.

Pod ekranem dostrzegłem niewielką niszę. Zostałem już uprzednio poinformowany, iż wewnątrz leży maska prywatności, służąca do zasłaniania twarzy. Wyjąłem maskę i naciągnąłem. Termoplastik błyskawicznie przyjął kształty moich rysów i stał się jakby drugą skórą. Ciekawe, w jaki sposób coś takiego miało ukryć tożsamość, pomyślałem. Kiedy jednak spojrzałem w pociemniały nagle ekran komputera, dostrzegłem oblicze niepodobne zupełnie do własnego. Maska w tajemniczy sposób zapewniała anonimowość.

Na ekranie pojawił się kolejny napis głoszący, abym ruszył przed siebie. Wykonałem polecenie. Przednia ściana kabiny zniknęła. Zacząłem piąć się po spiralnej rampie, prowadzącej na wyższe piętro ogromnego budynku. Spostrzegłem, że po takich samych rampach suną inni mężczyźni; niczym duchy oczekujące zbawienia, na bezszelestnych taśmociągach, skryci za maskami, spięci. Z góry bił oślepiający blask wielkiej jarzeniówki, płynęliśmy skąpani w jej świetle. Postać z sąsiedniej rampy pomachała do mnie ręką. Mimo maski wiedziałem, że to Vornan. Rozpoznałem po szczupłej sylwetce, niedbałej pozie i dziwnej aurze obcości, która, jak się zdawało, otacza go całego. Wyprzedził mnie i zniknął, pochłonięty przez perłową światłość. Chwilę później ja również tam wniknąłem, bez przeszkód minąłem niewielką salkę, aby w końcu dotrzeć do kolejnej kabiny, niewiele większej niż poprzednia.

Po lewej stronie także widniał ekran komputera. Naprzeciw mnie dostrzegłem umywalkę i molekularny prysznic. Pośrodku stało sporych rozmiarów, świeżo pościelone, dwuosobowe łóżko. Całe otoczenie było groteskowo sterylne. Jeśli tak ma wyglądać legalna prostytucja, to osobiście wolę normalne uliczne dziwki… oczywiście przy założeniu, że ten gatunek jeszcze nie wyginął. Stanąłem przy łóżku i zerkałem ciekawie na ekran. Pokój był pusty. Może potężny mózg komputerowy zapomniał o mnie? Gdzie u diabła ta kochanka?

Okazało się, że nie dopełniłem jeszcze wszystkich formalności. Ekran zajarzył zielenią i przeczytałem: „Proszę zdjąć ubranie w celu przeprowadzenia badań medycznych”.

Posłusznie złożyłem całą odzież do pojemnika, który wysunął swą paszczę ze ściany i zaraz potem znów zniknął. Pewnie zdezynfekują i wyczyszczą mi całe ubranie, pomyślałem, jak się później okazało, całkiem trafnie. Stałem nagi, jeśli nie liczyć maski, prawdziwy Everyman skryty za ostatnim pancerzem prywatności. Skanery i próbniki badały moje ciało, błyskając raz po raz zielonkawym światłem. Szukały zapewne śladów jakiejś choroby wenerycznej. Badania trwały około minuty. Następnie dostrzegłem kolejny napis na ekranie, który prosił, abym wyciągnął przed siebie ramię. Poczułem ukłucie, gdy niewielka igła pobrała próbkę krwi. Niewidzialna aparatura zbadała skrupulatnie ową cząstkę mojego ustroju w poszukiwaniu ukrytej choroby. Najwidoczniej jednak nie znaleziono nic, co zagrażałoby życiu i zdrowiu personelu, bowiem chwilę później ekran zapłonął różnokolorowymi wzorami, co oznaczało, że pomyślnie zdałem wszystkie testy. Ściana z umywalką rozsunęła się na boki i do pokoju weszła dziewczyna.

— Cześć — przywitała się. — Mam na imię Esther. Strasznie miło cię poznać. Na pewno zostaniemy dobrymi przyjaciółmi.

Nosiła zwiewną tunikę, pod którą wyraźnie rysowały się kształty jej zgrabnego ciała. Włosy miała rude, oczy zielone, twarz inteligentną, a uśmiech bezsprzecznie szczery. Wyobrażałem sobie zawsze, że wszystkie prostytutki to ordynarne, sflaczałe kreatury o nabrzmiałych twarzach. Esther nie pasowała do tego obrazu. Podobne dziewczyny widywałem często w campusie. Bardzo możliwe, że była jedną z nich. Nie miałem ochoty zadawać jej tego starego jak świat pytania: jak taka miła dziewczyna trafiła w tak podłe miejsce? Ale swoje myślałem.

Esther oceniła moje ciało z zawodową wprawą. Nie po to zapewne, aby zbadać muskulaturę, ale aby wykryć wszelkie ułomności i dolegliwości, które ewentualnie uniknęły elektronicznym czujnikom. Później jej wzrok stracił ten czysto kliniczny błysk i nabrał więcej zmysłowości. Czułem się jakoś dziwnie, zapewne dlatego, że nie przywykłem spotykać po raz pierwszy młodych dam w tak jednoznacznych okolicznościach. Po dokonaniu wstępnych oględzin Esther podeszła do czujnika zamontowanego pod ekranem i przytknęła do niego dłoń.

— Nie chcemy, aby nas podglądali, prawda? — spytała pogodnie.

Ekran zgasł. Moim zdaniem była to część standardowego scenariusza. Chodziło mianowicie o to, aby upewnić klienta w przeświadczeniu, iż wścibskie oko komputera nie będzie go szpiegować w trakcie intymnego zbliżenia. Osobiście uważam, że mimo spektakularnego aktu wyłączenia monitora pokój w dalszym ciągu znajdował się pod wnikliwą obserwacją. Właściciele tego przybytku z pewnością zadbali o bezpieczeństwo swego personelu, nie zdając go na łaskę pierwszego lepszego klienta. Poczułem mdłości na myśl, że za chwilę położę się do łóżka z kimś, kto odgrywa tę całą farsę, doskonale wiedząc, iż jesteśmy nieustannie obserwowani, podsłuchiwani oraz zapewne nagrywani. Ale przezwyciężyłem niechęć, bo przecież przyszedłem tu dla kawału. Burdel to stanowczo nie jest miejsce dla wykształconego człowieka. Wzbudza zbyt wiele podejrzeń. Tutejsza atmosfera może odpowiadać chyba wyłącznie prostakom.

Gdy ekran pociemniał ostatecznie, Esther spytała cicho:

— Mam zgasić światło?

— Obojętnie.

— W takim razie zgaszę.

Podeszła do ekranu i zaraz potem stopniowo zaległy ciemności. Zdecydowanym ruchem odrzuciła tunikę. Jej ciało było gładkie i blade, o wąskich biodrach i dziewczęcych piersiach, na których dostrzegłem delikatną siateczkę niebieskich żyłek. Bardzo przypominała Aster Mikkelsen. Aster… Esther… chwila sennego zamyślenia… sławna biochemiczka o twarzy szarej kurewki. Dziewczyna położyła się bokiem na łóżku, podkurczyła nogi i uśmiechnęła delikatnie. Nie było w tym nic lubieżnego, po prostu ułożyła się wygodnie do rozmowy. Poczułem wdzięczność. Obawiałem się, że dziewczyny zatrudnione w tego typu instytucjach natychmiast padają na plecy, rozkładają nogi i krzyczą: „Dalej kochasiu, zapraszamy na pokład.” Naprawdę mi ulżyło, kiedy Esther nie odegrała scenki w tym stylu. Pewnie komputer podczas wstępnej rozmowy wybadał moją osobowość, ocenił jako przedstawiciela świata nauki i przesłał Esther informację, że należy traktować mnie z odpowiednimi manierami.

Usiadłem obok niej.

— Masz ochotę chwilę porozmawiać? — spytała. — Przed nami całą noc.

— W porządku Widzisz, nigdy tu jeszcze nie byłem.

— Wiem.

— Skąd?

— Komputer mi powiedział. Komputer mówi mi wszystko.

— Wszystko? Moje nazwisko również?

— Och, nazwisko nie! Miałam na myśli wszystko o twoim usposobieniu.

— W takim razie co o mnie wiesz? — spytałem.

— Za chwilę się przekonasz.

W jej oczach błysnęły figlarne ogniki.

— Widziałeś tego człowieka z przyszłości, kiedy wchodziłeś do budynku?

— Vornana-19?

— Właśnie. Miał nas dzisiaj odwiedzić. Dostaliśmy wiadomość po centralnej linii. Podobno jest strasznie przystojny. Widziałam go w telewizji. Szkoda, że nigdy nie spotkam tego mężczyzny.

— Skąd wiesz, że właśnie nie siedzisz koło niego? Roześmiała się.

— Bo wiem!

— Twarz mam przecież zakrytą. Mógłbym…

— Nie jesteś przybyszem. Przestań się droczyć. Gdybym miała obsłużyć Vornana, komputer dałby mi przedtem znać.

— Nie bądź taka pewna. Może gość woli aurę tajemnicy.

— Niech ci będzie, ale mimo wszystko czuję, że nie jesteś człowiekiem z przyszłości. Z maską czy bez maski i tak mnie nie nabierzesz.

Dotknąłem gładkiego uda dziewczyny i zacząłem delikatnie wodzić po nim ręką.

— Co o nim sądzisz, Esther? Wierzysz, że przybył do nas z roku 2999?

— A ty nie wierzysz?

— Pierwszy zadałem pytanie.

Wzruszyła ramionami. Ujęła moją głowę w zgrabne dłonie i zmusiła, abym dotknął ustami jej nagiego brzucha, a potem piersi. Zupełnie, jakby chciała odpędzić kłopotliwe pytania i pogrążyć się w zmysłowym zapomnieniu.

— Wszyscy twierdzą, że mówi prawdę. Prezydent i cała reszta. I mówią jeszcze, że dysponuje wyjątkowymi zdolnościami, że potrafi razić prądem.

Zachichotała.

— Ciekawe… ciekawe czy mógłby porazić dziewczynę podczas… no wiesz… kiedy są razem.

— Całkiem możliwe. Jeśli jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje.

— Dlaczego mu nie wierzysz?

— Dla mnie to czyste wariactwo. Ten człowiek spadł dosłownie prosto z nieba i twierdzi, że przybył z przyszłości odległej o tysiąc lat. Gdzie dowód? Skąd mam wiedzieć, że mówi prawdę?

— Ma coś w oczach — odparła Esther. — I ten uśmiech. Jest w nim coś obcego, każdy ci to powie. Mówi też jakoś dziwnie, zupełnie bez akcentu, choć głos ma osobliwej barwy. Tak, wierzę mu. Chciałabym się z nim przespać. Za darmo.

— Może będziesz miała jeszcze okazję — oznajmiłem. Dziewczyna pokazała zęby w uśmiechu. Wyczułem jednak, że zaczyna się niepokoić, bo rozmowa przekroczyła ramy zwyczajowej pogawędki, do jakich przywykła obsługując bardziej wymagających klientów. Zastanowiła mnie siła, z jaką Vornan-19 oddziaływał na tę dziewczynę. Ciekawe zresztą, co teraz porabia nasz gość. Miałem nadzieję, że któryś z chłopców Kralicka trzyma go cały czas na oku. W zasadzie to ja miałem pilnować Vornana, ale szefostwo zdawało sobie chyba sprawę, że kiedy wejdziemy do osobnych kabin, stracę nad nim zupełnie kontrolę. Bałem się, że szacowny gość znów zaprezentuje swoje nadzwyczajne zdolności w stwarzaniu problemów. Nie mogłem jednak nic na to poradzić. Musnąłem dłońmi gładkie uda Esther. Leżała, marząc o cudownych chwilach w objęciach mężczyzny z przyszłości. Jej ciało zaczęło zmysłowo falować. Komputer musiał wydać jej odpowiednie instrukcje, bo gdy nasze ciała połączył miłosny uścisk, dziewczyna przyjęła pozycję, którą uprzednio wybrałem na monitorze. Esther wykonywała swoją pracę z werwą i stosowną dozą zaangażowania.

Gdy było już po wszystkim, stoczyliśmy się na podłogę. Dziewczyna sprawiała wrażenie zaspokojonej i szczęśliwej — zapewne część przedstawienia. Wszedłem pod prysznic, aby zmyć ślady miłosnego aktu. Czasu zostało jeszcze sporo.

— A ty nie chciałbyś spotkać Vornana-19? — spytała. — Aby samemu przekonać się o jego niezwykłości?

Myślałem przez chwile. Potem powiedziałem smutno:

— No cóż, owszem, chciałbym. Ale to tylko pobożne życzenie.

19