Maski czasu | Страница 15 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

Spieniony potok czerwonego wina spływał ze ściany i dalej toczył się wąskim, wzburzonym strumieniem przez całą salę. Ciemnowłosa dziewczyna, której jedynym przyodziewkiem były srebrne obręcze, stała pod siklawą i chichotała, kiedy wino obmywało jej ciało. Spytałem, jak na imię tej dziewczynie i Helen odparła:

— Deona Sawtelle. Dziedziczka.

Dwóch przystojnych młodzieńców w srebrzystych smokingach chwyciło ją za ramiona i próbowało wyciągnąć spod kaskady. Wywinęła im się zręcznie, aby znów zatonąć w strumieniach wina. Po chwili obaj młodzieńcy pluskali się razem z nią. Nieopodal, cudowna, ciemnoskóra kobieta, o nozdrzach wysadzanych klejnotami, wykrzykiwała coś radośnie, znajdując się w objęciach olbrzymiej, metalicznej postaci, która przyciskała ją rytmicznie do swej piersi. Mężczyzna o gładko wygolonej czaszce leżał na podłodze. Trzy panny, nie pierwszej już młodości, siedziały na nim okrakiem, próbując najwyraźniej ściągnąć mu spodnie. Czterech podstarzałych dżentelmenów z farbowanymi brodami śpiewało coś ochryple w nieznanym języku. Lloyd Kollf ruszył w ich stronę, wznosząc powitalne okrzyki. Jakaś kobieta o złocistej skórze szlochała cicho u podnóża olbrzymiej konstrukcji z hebanu, nefrytu i spiżu. W zadymionym powietrzu latały mechaniczne istoty z metalowymi, brzęczącymi skrzydłami i pawimi ogonami. Skrzeczały przeraźliwie i spuszczały na gości błyszczące łajno. Parka małp, spętanych łańcuchem z kości słoniowej, kopulowała radośnie nieopodal łuku, utworzonego przez dwie nachylone ściany. To był wskrzeszony Babilon. Stałem oszołomiony. Wszystko, co tu ujrzałem, napawało mnie odrazą, a jednocześnie upajało, jak upajać potrafi jedynie całkowity brak przyzwoitości. Czy tak wygląda każde przyjęcie u Wesleya Brutona? A może było to party wyjątkowe, z okazji przybycia Vornana-19? Jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić, aby ci wszyscy ludzie tutaj zachowywali się, jak to mają w zwyczaju na każdym przyjęciu. A jednak sprawiali wrażenie zupełnie naturalnych. Jedynie trochę kurzu, zmiana dekoracji i cały ten rozgardiasz wyglądałby jak wiec apokaliptystów, a nie spotkanie elity społeczeństwa. Wymieniliśmy z Kralickiem niespokojne spojrzenia. Stał niedaleko miejsca, gdzie do niedawna znajdowało się wyjście. Zwalisty mężczyzna, którego brzydka twarz straciła cały urok, kiedy zagościła na niej konsternacja. Nie zamierzał przyprowadzać Vornana w takie miejsce.

A gdzie podziewał się nasz gość honorowy? Straciliśmy go z pola widzenia, porażeni atmosferą przyjęcia. Vornan miał absolutną rację: to był dom wariatów. On stał w centrum żywiołu. Wypatrzyłem go nad brzegiem winnego potoku. Dziewczyna w srebrnych obręczach klęczała w rwącym nurcie, zbrukana szkarłatem. Wodziła dłonią po swym zgrabnym ciele. Jak na komendę opadły z niej owe pierścienie, a ona podała jeden Vornanowi. Przyjął podarunek z poważną miną. Reszta ozdób poszybowała w powietrze. Mechaniczne ptaszyska łapały je w locie i pożerały w okamgnieniu. Dziewczyna, zupełnie naga, klaskała z uciechy. Jeden z owych młodzieńców w srebrzystych smokingach wydobył z kieszeni niewielką buteleczkę. Spryskał zawartością piersi oraz lędźwie dziewczyny, pokrywając te miejsca cieniutką warstwą tworzywa sztucznego. Podziękowała mu skinieniem głowy i zwróciła twarz w stronę Vornana. Nabrała w dłonie wina i poprosiła, aby skosztował. Pociągnął długi łyk. Lewą stroną sali wstrząsnęła wibracja. Posadzka uniosła się na dwadzieścia stóp i wypluła grupę nowych gości. Kralick, Fields oraz Aster zniknęli gdzieś na skutek niespodziewanego przeobrażenia, jakiemu uległa podłoga. Wobec faktu, że w pobliżu nie było nikogo z naszego komitetu, poczułem się odpowiedzialny za Vornana. Kolff ryczał ze śmiechu, otoczony kręgiem brodatych naukowców. Helen stała jak ogłuszona, obserwując otoczenie szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma. Heyman wirował w ramionach zmysłowej brunetki o palcach zakończonych długimi szponami. Jakiś blady młodzieniec uchwycił moją dłoń i złożył na niej uroczysty pocałunek. Korpulentna, rozkołysana kobieta zwymiotowała na podłogę, chybiając o niecałe sześć cali do moich butów. Natychmiast pojawił się metaliczny chrząszcz, długi na pół metra i emitując radosne skrzypienia oczyścił posadzkę. Chwilę później stanąłem u boku Vornana.

Na jego wargach dostrzegłem ślady po winie, lecz uśmiech wciąż miał zniewalający. Gdy dostrzegł mnie kątem oka, uwolnił się z uścisku dziewczyny, która usiłowała wciągnąć go do potoku wina.

— Wspaniałe przyjęcie, panie Garfield — oznajmił.

Zmarszczył brwi.

— Chyba zastosowałem staromodną formę grzecznościową. Nazywasz się przecież Leo. Cudowny wieczór, Leo. Ten dom to istny teatr!

Atmosfera bachanalii nabierała wciąż rozmachu. Kule żywego światła dryfowały w powietrzu na wysokości twarzy. Spostrzegłem, jak któryś z elegancko ubranych gości wyciągnął rękę, złapał wolno lecącą kulę i wepchnął ją sobie do ust. Dwaj mężczyźni, eskortujący otyłą kobietę, wszczęli bójkę. Ze zdziwieniem i niesmakiem stwierdziłem, że owa podstarzała dama, to królowa piękności z lat mojej młodości. Tuż obok dwie dziewczyny zaczęły tarzać się po podłodze i energicznie zrywały z siebie nawzajem ubranie. Wokół walczącej pary utworzył się tłumek gapiów, wznoszący okrzyki zachęty, gdy ukazywała się kolejna partia nagiego ciała. Nagle opadły resztki ubrania i bójka przemieniła się w miłosny uścisk. Vornan z wyraźnym zafascynowaniem obserwował kotłowaninę kończyn, zmysłowe ruchy pośladków, długi, namiętny pocałunek. Stanął na palcach, aby nie uronić ani sekundy widowiska. W tej samej chwili dostrzegliśmy zbliżającą się postać i Vornan spytał szeptem:

— Znasz tego człowieka?

Odniosłem dziwne wrażenie, że Vornan spogląda w dwóch kierunkach równocześnie, każdym okiem rejestrując inną połowę sali. Czy było to tylko wrażenie?

Przybysz był niewysokim, krępym mężczyzną, mniej więcej tego samego wzrostu co Vornan, lecz przynajmniej dwa razy szerszym w ramionach. Wielka głowa wyrastała prosto z potężnego tułowia, z pominięciem szyi. Mężczyzna był całkowicie pozbawiony owłosienia, nie miał nawet brwi ani rzęs. Wydawał się przez to bardziej nagi niż rozebrani goście, którzy paradowali bez skrępowania po sali. Całkowicie ignorując moją osobę, wyciągnął do Vornana wielką dłoń i spytał:

— A więc to ty jesteś tym przybyszem z odległej przyszłości? Miło mi cię poznać. Nazywam się Wesley Bruton.

— O, nasz gospodarz. Dobry wieczór.

Vornan uraczył go jednym ze swoich uśmiechów, jednak bardziej dyskretnym i wytwornym niż zwykle. Uśmiech ten trwał jedynie krótką chwilę — zaraz potem zniknął. Cała nasza uwaga skupiła się teraz na oczach. Oczach zimnych, opanowanych, przenikających na wylot. Kiwnął lekko głową w moją stronę.

— Z pewnością znasz Leo Garfielda?

— Jedynie ze słyszenia — zahuczał Bruton.

W dalszym ciągu wyciągał dłoń w geście powitania. Vornan nie miał jednak zamiaru odwzajemnić uścisku. Wyraz oczekiwania w oczach Brutona powoli zastąpiły rozczarowanie i wzbierająca wściekłość. Wiedziałem, że coś trzeba natychmiast zrobić. Sam uścisnąłem rękę Brutona i oznajmiłem:

— Jesteśmy niezwykle wdzięczni za zaproszenie. To jest naprawdę cudowny dom.

A potem dodałem ściszonym głosem:

— Vornan nie rozumie jeszcze wszystkich naszych obyczajów. Podawanie ręki to dla niego coś zupełnie nowego.

Potentat finansowy sprawiał wrażenie udobruchanego.

— Vornanie, co myślisz o mojej siedzibie?

— Wspaniała. Niezrównana w swym artyzmie. Podziwiam doskonały smak pańskiego architekta o skłonnościach do klasycyzmu.

Nie byłem pewien, czy mówi poważnie, czy też kpi sobie w żywe oczy. Bruton przyjął jednak te pochwały za dobrą monetę. Wziął Vornana pod rękę, a mnie chwycił w pół i rzekł:

— Chciałbym pokazać wam kilka rzeczy, ukrytych normalnie przed wzrokiem gości. Powinno to pana zainteresować, profesorze. Sądzę, że Vornan również nie będzie czuł się zawiedziony. Proszę za mną!

Ogarnął mnie strach, że Vornan zachowa się podobnie jak na Hiszpańskich Schodach i rzuci Brutonem o ścianę, za to, iż odważył się go dotknąć. Ale nie. Nasz gość dał się bez sprzeciwu poprowadzić za rękę. Bruton sprawnie torował nam przejście przez rozbawiony tłum. Dotarliśmy do estrady, górującej w centrum sali. Niewidzialna orkiestra grała jakąś nieznaną mi symfonię. Wzmocnione dźwięki dochodziły z każdego kąta pomieszczenia. Na podium tańczyła dziewczyna przebrana w strój egipskiej księżniczki. Bruton chwycił ją w pasie i odstawił na bok jak krzesło. Stanęliśmy we trójkę na estradzie. Nasz gospodarz dał znak i niespodziewanie zjechaliśmy w dół.

— Znajdujemy się obecnie dwieście stóp pod ziemią — oznajmił Bruton po chwili. — Oto główna sterownia. Spójrzcie!

Zatoczył szeroko łuk ręką. Wszędzie dookoła widać było ekrany przekazujące obraz z przyjęcia. Akcja toczyła się niezależnie w wielu pomieszczeniach. Spostrzegłem Kralicka chwiejnie balansującego na rozstawionych nogach, podczas gdy jakaś pożałowania godna kobieta usiłowała wdrapać mu się na barana. Morton Fields tonął w objęciach korpulentnej damy, obdarzonej przez naturę szerokim, płaskim nosem. Helen McIlwain dyktowała na gorąco spostrzeżenia do mikrofonu ukrytego w amulecie zawieszonym na szyi. Lloyd Kolff podziwiał zaś wdzięki nagiej dziewczyny o wspaniałych oczach i śmiał się do niej rubasznie. Heyman zniknął gdzieś na dobre. Aster Mikkelsen stała pośrodku sali, wilgotne ściany drgały rytmicznie. Ze spokojem obserwowała szaleństwo, jakie ogarnęło gości. Stoły zastawione jedzeniem przemykały po pomieszczeniach. Obserwowałem, jak ludzie wyciągają dłonie po smakowite zakąski, opychają się nieprzyzwoicie, rzucają jedzeniem o ścianę. W jednym z pomieszczeń z sufitu zwisały zbiorniki wypełnione (jak przypuszczam) winem albo innym alkoholem — wystarczyło odkręcić kurek i pić do woli. Inny pokój z kolei tonął w ciemnościach, lecz nie był pusty. Jeszcze gdzie indziej goście na zmianę wkładali na głowy rodzaj kasku, podłączonego do urządzenia pobudzającego zmysły.

— Popatrzcie na to! — zawołał Bruton.

Spojrzeliśmy na wskazany ekran. Vornan był wyraźnie znudzony, ja czułem się dość nieswojo. Bruton, chichocząc diabolicznie, przesunął jakieś dźwigienki, pomanipulował przy konsolecie, wystukał komendy na klawiaturze. W pomieszczeniach na górze światła zamrugały i zgasły, sufity i podłogi zamieniły się miejscami, małe roboty latały jak oszalałe wśród krzyczących i śmiejących się na przemian gości. Rozdzierające dźwięki, zbyt straszne, aby nazwać je muzyką, wypełniły cały budynek.

Myślałem już, że za chwilę Ziemia wybuchnie w proteście, a lawa pochłonie nas wszystkich.

— Pięć tysięcy kilowatów na godzinę — oznajmił Bruton z dumą.

Wsparł dłonie o wysoką na stopę srebrną kulę i pchnął ją po wysadzanym klejnotami torze. W tej samej chwili jedna ze ścian zniknęła, ukazując olbrzymi korpus magnetyczno-hydrodynamicznego generatora. Wskazówki na konsoli zaczęły kręcić się obłąkańczo, cyfry na wyświetlaczach mrugały do nas zielenią, czerwienią i szkarłatem. Pot spływał Brutonowi po twarzy, gdy wyliczał, niemal histerycznie, zalety oraz dane techniczne agregatu. Opiewał potęgę kilowatów. Uchwycił pęk grubych kabli i głaskał je w szczerym uwielbieniu. Potem skinął, abyśmy poszli za nim. Chciał nam pokazać samo serce generatora. Ruszyliśmy korytarzem w głąb. Nasz przewodnik — potentat finansowy o twarzy złośliwego gnoma — kroczył na czele. Przypomniałem sobie nagle, że Bruton wykupił udziały w przedsiębiorstwie, które dostarcza elektryczność przeszło połowie tego kontynentu. Miałem wrażenie, że cała ta potęga została zgromadzona tutaj, pod moimi stopami i służyła wyłącznie na potrzeby architektonicznego cudu Alberta Ngumbwe. Było potwornie gorąco. Po policzkach spływał mi pot. Bruton rozpiął marynarkę, odsłaniając nagą, pozbawioną owłosienia klatkę piersiową, naznaczoną grubymi węzłami mięśni. Jedynie Vornan-19 zupełnie ignorował, jak się zdawało, ten wściekły upał. Kroczył lekko u boku gospodarza, niewiele mówiąc, pilnie obserwując. Zachował pełen spokój, mimo rozgorączkowania, jakie przejawiał pan domu.

Dotarliśmy na sam dół. Bruton gładził delikatnie boczną ściankę generatora, jak gdyby był to brzuch kobiety. Musiało w końcu dotrzeć do niego to, że Vornan zachowuje dziwne opanowanie w obliczu tych wszystkich cudów.

— Widziałeś kiedyś coś podobnego? Znasz budynek, który mógłbyś porównać z moim domem? — spytał ostrym tonem.

— Bardzo wątpię — odparł grzecznie Vornan.

— Jak się u was mieszka? W wielkich wieżowcach? Może wolicie małe domki?

— Dążymy ku maksymalnej prostocie.

— Nigdy zatem nie widziałeś czegoś podobnego! W ciągu następnego tysiąclecia nie powstanie nic, co mogłoby konkurować z moim domem!

Nagle Bruton przerwał swą tyradę.

— Ale… czy mój dom nadal istnieje w twoim czasie?

— Trudno mi cokolwiek pewnego na ten temat powiedzieć.

— Ngumbwe obiecał, że będzie stał przez tysiąc lat! Pięć tysięcy! Nikt nie śmiałby przecież zniszczyć takiego cudu! Pomyśl przez chwilę. Musi gdzieś tam być. Pomnik przeszłości… muzeum pradawnej historii…

— Być może — stwierdził beznamiętnie Vornan. — Te tereny leżą poza Centralą. Nie mam pojęcia, co tam się obecnie dzieje. Myślę jednak, że prymitywne barbarzyństwo tej budowli nie spodobało się ludziom, którzy żyli w Czasie Wielkiej Czystki. Wiele rzeczy uległo wtedy zmianie. Wiele rzeczy zostało wtedy zniszczonych.

— Prymitywne… barbarzyństwo… — wysapał Bruton. Na twarzy wystąpiły mu szkarłatne plamy. Był bliski apopleksji. Żałowałem, że nie ma z nami Kralicka.

Vornan wyraźnie prowokował miliardera i nie zgadzał się z nim.

— Taki dom, to mimo wszystko wspaniała rzecz — oznajmił. — Można by urządzać tu różne imprezy, np. ceremonie powitania wiosny.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

— Najpierw musielibyśmy jednak przecierpieć zimę, aby obchodzić powrót wiosny. Wówczas byśmy tańczyli i biesiadowali w pańskim domu, sir Bruton. Lecz obawiam się, że nic z tego. Ten budynek pewnie już nie istnieje od setek lat. Nie mam jednak absolutnej pewności. Nie mam pewności.

15