Maski czasu | Страница 14 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

— To prawda — poparła go Helen. — Może on ma w zwyczaju składać ofiarę z czarnowłosej dziewicy w każdy czwartkowy poranek. Pod żadnym pozorem nie wolno nam zapominać, że ten człowiek nie myśli naszymi kategoriami.

Jednostajny ton jej głosu sprawił, że nie można było w żaden sposób ustalić czy mówi serio, czy też żartuje. Osobiście jednak skłaniałem się do tej drugiej możliwości. Jeśli zaś chodzi o niepokój Fieldsa, dawał się on wytłumaczyć dziecinnie łatwo: połamawszy sobie zęby na Aster, z zawiścią obserwował błyskawiczne postępy Vornana. Jego wściekłość doprowadziła w końcu do tego, że Kralick wyjawił przypadkowo pewien fakt, którego z pewnością nie zamierzał wyjawiać.

— Vornan znajduje się pod ciągłym nadzorem moich ludzi — wyjaśnił Kralick. — Dysponujemy kompletnym, dźwiękowym i wizualnym zapisem jego pobytu. Nie sądzę, aby Vornan zdawał sobie sprawę, że jest nieustannie obserwowany i byłbym niezwykle wdzięczny, gdybyście państwo nie ujawniali tego faktu. W każdym razie pannie Mikklesen nie grozi żadne niebezpieczeństwo.

Fields był wyraźnie zdumiony. My zresztą także.

— To znaczy, że pańscy ludzie obserwują ich cały czas? Nawet teraz?

— Popatrzcie sami — rzekł Kralick poirytowanym głosem. Chwycił za słuchawkę domofonu i wykręcił jakiś numer.

Ścienny ekran zajarzył jaskrawym światłem, ukazując obraz przekazywany przez urządzenia szpiegowskie. Naszym oczom ukazał się kolorowy, trójwymiarowy wizerunek Aster i Vornana-19.

Byli zupełnie nadzy. Vornan stał tyłem do kamery. Aster widzieliśmy natomiast od przodu; ciało miała drobne, filigranowe, o piersiach dwunastolatki.

Stali razem pod prysznicem. Kobieta szorowała plecy mężczyźnie.

Sprawiali wrażenie ludzi szczęśliwych.

Ósmy

Wieczorem tego samego dnia Kralickowi udało się namówić Vornana-19 do wzięcia udziału w przyjęciu wydawanym na jego cześć w rezydencji Hudson River. Była ona własnością Wesleya Brutona, znanego potentata finansowego. Posiadłość ta została ukończona zaledwie przed dwoma łaty. Było to dzieło Alberta Ngumbwe, wybitnego architekta, zaangażowanego obecnie przy realizacji projektu wszechafrykańskiej stolicy w dżungli Iturii. Owa rezydencja należąca do Brutona zyskała już rangę swoistej atrakcji turystycznej, o której głośno było, jak się sam przekonałem, nawet w Kalifornii. Wyjątkowy przykład współczesnej myśli architektonicznej, jak głoszono wszem i wobec. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Spędziłem większą część popołudnia nad straszliwie nużącą księgą autorstwa jakiegoś urbanisty. Szukałem opracowania krytycznego na temat budynku, który wzbudził tak wielką sensację. Można by rzec — odrabiałem zadanie domowe. O szóstej trzydzieści eskadra śmigłowców miała wystartować z dachu hotelu, by przewieźć nas na miejsce, oczywiście pod ścisłą ochroną. Zapewnienie bezpieczeństwa stało się kwestią pierwszoplanową. Przemycano nas niczym kontrabandę. Kilkuset reporterów oraz liczny personel pomocniczy czyhał przed budynkiem, gotowy śledzić Vornana do upadłego, mimo umowy ograniczającej liczebność dziennikarzy do sześcioosobowej reprezentacji. Zgraja rozdrażnionych apokaliptystów bacznie obserwowała wszelkie posunięcia Vornana, wykrzykując nieustannie groźby pod jego adresem. Do tego wszystkiego doszedł kolejny problem: wzbierający tłum uczniów, gromada statecznych, zrównoważonych obywateli, którzy postrzegali w przybyszu apostoła prawa oraz porządku. A jednocześnie przecież byli gotowi na jedno jego skinienie podeptać każde prawo, by zamanifestować swoje uwielbienie dla proroka. Stojąc w obliczu tylu niebezpieczeństw, musieliśmy działać niezwykle ostrożnie.

Gdy dochodziła szósta, zaczęto zbierać się w naszej kwaterze głównej. Kiedy przybyłem na miejsce, zastałem tam już Kolffa wraz z Helen. Kolff ubrany był niezwykle elegancko, z trudem przychodziło mi oderwać od niego wzrok: tunika lśniąca tęczą barw spowijała jego opasły tułów, szeroki, granatowy pas podkreślał sylwetkę. Rzadkie, siwe włosy spiął w pęczek. Na szerokiej piersi widniał rząd akademickich odznaczeń. Rozpoznałem tylko jedno, gdyż sam byłem jego kawalerem: francuski Legion des Curies. Kolff zrobił z siebie kompletnego pajaca.

W takim towarzystwie Helen wypadała dość blado. Wdziała na siebie lekką, zwiewną suknię z polimeru, która raz była przezroczysta, a zaraz potem zupełnie matowa. Pod odpowiednim kątem Helen wydawała się naga. Trwało to jedynie chwilę, gdyż długie łańcuchy poskręcanych molekuł nieustannie zmieniały położenie i zasłaniały ciało. Widok był nęcący, fascynujący i pełen swoistego uroku. Na szyi zawiesiła dziwny amulet, o wyraźnie fallicznym kształcie. Tak ordynarnie fallicznym, że sam zaprzeczał swemu istnieniu i sprawiał wrażenie zupełnie niewinnej ozdoby. Makijaż ograniczał się do szminki na wargach i ciemnej kredki pod oczami.

Chwilę później dołączył Fields, ubrany w zwyczajny garnitur, a za nim Heyman w obcisłym, wieczorowym fraku, który wyszedł z mody przed dwudziestu laty. Obaj mieli nietęgie miny. Niedługo potem do pokoju weszła Aster, przyodziana w długą, swobodną szatę i sznurek turmalinów zdobiący czoło. Po jej przybyciu wyraźnie wzrosło napięcie.

Odwróciłem gwałtownie głowę; nie mogłem spojrzeć jej otwarcie w oczy. Podglądałem, tak samo jak inni. Co z tego, że to nie ja rzuciłem pomysł, aby obserwować ją pod natryskiem. Patrzyłem przecież, tak samo jak pozostali. Przycisnąłem oko do dziurki od klucza i ciekawie zerkałem do wnętrza. Teraz jej małe piersi i płaskie, chłopięce pośladki nie były już dla mnie tajemnicą. Fields zesztywniał cały, zacisnął pięści. Heyman zatrzepotał rzęsami i utkwił wzrok w podłodze. Za to Helen, która nie uznawała takich rzeczy, jak skromność, poczucie winy i wstydu, powitała Aster niezwykle ciepło. Zaś Kolff, który w ciągu swego długiego życia tyle razy pogwałcił prawo, że nie miał już żadnych skrupułów przy podglądaniu nagich kobiet w kąpieli, zagrzmiał donośnie:

— I jak ci się podobało pod natryskiem?

— Było cudownie — odparła cicho Aster.

Nie wyjawiła żadnych szczegółów. Widziałem, jak Fields aż kipi z ciekawości, czy po kąpieli spędziła noc wspólnie z Vornanem-19. Osobiście uważałem za dość wątpliwe takie zakończenie ich spotkania. Co prawda, nasz gość zdążył już zademonstrować zadziwiające i różnorodne upodobania w sprawach seksu, lecz z drugiej strony Aster sprawiała wrażenie kobiety zdolnej ochronić swą cnotę w każdych warunkach. Wyglądała rześko i pogodnie, z pewnością nie jak osoba, która przed trzema godzinami doznała brutalnego pogwałcenia swej osobistej nietykalności. Mimo wszystko miałem cichą nadzieję, że spędziła tę noc z Vornanem-19. Mogłoby to być, dla tej zimnej i zamkniętej kobiety, oczyszczającym doświadczeniem.

Parę minut później dobił Kralick z Vornanem-19. Poprowadził nas na dach, gdzie oczekiwały już śmigłowce. Ściśle biorąc cztery: jeden dla sześcioosobowej reprezentacji mediów, jeden dla nas i Vornana, kolejny dla oficjeli z Białego Domu, czwarty dla ochrony. My startowaliśmy jako trzeci. Przy cichym pomruku motoru wzbiliśmy się w nocne niebo i pomknęliśmy na północ. Podczas lotu pozostałe helikoptery gdzieś zniknęły i nie mogliśmy ich dostrzec. Vornan z zaciekawieniem spoglądał na łunę bijącą od miasta.

— Ile liczy populacja tej metropolii? — spytał.

— Jeśli brać po uwagę przedmieścia, około trzydzieści milionów — odparł Heyman.

— Samych ludzi?

To pytanie zbiło nas nieco z tropu.

— Jeśli pytasz, czy mieszkają tu przybysze z innych światów, to muszę cię rozczarować. Na Ziemi nie ma przedstawicieli obcych ras. Nie odkryliśmy jak dotąd inteligentnych form życia w Układzie Słonecznym, a żaden z próbników, wysłanych do dalszych systemów, jeszcze nie powrócił.

— Nie — zaprzeczył Vornan — nie pytałem o pozaświatowców. Chodzi mi o tubylców. Ilu spośród tych trzydziestu milionów to czystokrwiste istoty ludzkie, a ilu słudzy?

— Słudzy? To znaczy, roboty? — upewniła się Helen.

— Nie, chodzi mi o syntetyczne formy życia — odparł cierpliwie Vornan. — Mówię cały czas o tych, którzy nie posiadają pełnego statusu człowieka, gdyż różnią się od ludzi pod względem genetycznym. Nie macie jeszcze sług? Trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, aby zadawać pytania. Nie tworzycie życia z pomniejszego życia? Nie ma u was… — urwał w pół zdania. — Nie mogę wyrazić tego, co myślę. Brak słów.

Wymieniliśmy zakłopotane spojrzenia. Była to, praktycznie rzecz biorąc, pierwsza rozmowa, jaką przeprowadziliśmy z Vornanem-19 i natychmiast utknęliśmy w komunikacyjnym kalamburze. Znów poczułem mroźny dotyk strachu, świadomość, że obcuję z czymś krańcowo obcym. Każdy nastawiony sceptycznie do świata atom mojego istnienia nieustannie przekonywał mnie, że Vornan nie jest nikim więcej niż tylko sprytnym oszustem. Lecz kiedy przybysz zaczął opowiadać o Ziemi zaludnionej przez istoty ludzkie i nie całkiem ludzkie, w jego gorączkowych wysiłkach, aby przekazać swe myśli, tkwiła potężna siła przekonywania. Porzuciliśmy ten temat i lecieliśmy dalej w milczeniu. W dole rzeka Hudson leniwie toczyła swe wody ku morzu. Nagle skończyło się miasto i dostrzegliśmy ciemne zarysy lasów komunalnych. Zaraz potem zaczęliśmy opadać w stronę prywatnego lotniska. Znajdowało się ono na terenie stuakrowej posiadłości Wesleya Brutona, która leżała osiemdziesiąt mil na północ od centrum miasta. Podobno Bruton był w posiadaniu największego kawałka prywatnego gruntu po tej stronie Missisipi. Wierzyłem w to bez zastrzeżeń.

Rezydencja tonęła w jaskrawym świetle. Gdy wysiedliśmy z helikopterów, jakieś ćwierć mili od budynku, naszym oczom ukazał się fascynujący widok. Dom stał na niewielkim wzniesieniu, górującym ponad rzeką, emanował zieloną łuną, wysyłał promienie ku gwiazdom. Oszklony, ruchomy chodnik wiózł nas pod górę. Po drodze minęliśmy ogród lodowych rzeźb, kolorowych, fantazyjnych kształtów wykutych ręką mistrza. Dopiero kiedy podjechaliśmy bliżej, byliśmy w stanie w pełni ocenić dzieło Ngumbwe: koncentryczne kręgi półprzeźroczystych kopuł otaczały strzelisty pawilon, górujący nad krajobrazem. Osiem albo dziewięć fantazyjnych łuków tworzyło sklepienie, całość zaś powoli wirowała, tak że kształt budynku ulegał nieustannym zmianom. Jakieś sto stóp ponad najwyższym łukiem wisiała ogromna kula żywego światła, żółta sfera, która wirowała, kręciła się i lekko kolebała na niewidocznym cokole. Dochodziła nas muzyka wibrująca, przenikliwa, emitowana z niewielkich głośników uwieszonych na konarach posępnych drzew. Ruchomy chodnik wiózł nas prosto w stronę domu. Drzwi rozwarły się jak ogromna paszcza i połknęły nas za jednym kęsem. Dostrzegłem swoje odbicie w lustrzanej powierzchni wrót — wyglądałem poważnie, nieco ociężale. Czułem się skrępowany.

Wewnątrz budynku panował niepodzielnie chaos. Ngumbwe był najwyraźniej agentem sił ciemności; żaden kąt nie miał racjonalnego uzasadnienia, żadna krawędź nie łączyła się z sąsiednią. Z przedpokoju, gdzie staliśmy, widać było tuzin dalszych pomieszczeń, ułożonych bez ładu i jakiejś myśli przewodniej. Wrażenie to potęgował jeszcze nieustanny ruch owych pomieszczeń, ciągłe zmiany położenia i kształtu. Ściany znikały i wyrastały znów gdzie indziej. Podłogi zamieniały miejsca z sufitami, a pod nimi tworzyły się nowe pokoje. Pomyślałem, iż gdzieś głęboko pod ziemią musi być ukryta gigantyczna maszyneria, która porusza tym wszystkim bezgłośnie i gładko. Sam przedpokój był względnie stabilny. Ale to jego ściany wykonano z różowego, lepkiego, podobnego do skóry materiału. Taka płachta opadała w dół, aby tuż za nami wznieść się znów w górę i przewrócić na drugą stronę. Tworzyła w ten sposób coś na kształt wstęgi Mobiusa. Można było wspiąć się po tej ścianie, minąć miejsce, w którym wstęga zmieniała nachylenie i tym sposobem przedostać się do następnego pomieszczenia, choć na pierwszy rzut oka nie widać było żadnych drzwi. Nagle poczułem nieprzepartą ochotę, aby wybuchnąć śmiechem. Jakiś szaleniec zaprojektował ten dom, a drugi szaleniec w nim zamieszkiwał. Należało jednak okazać zachwyt nad bezsensem i bezcelowością konstrukcji.

— Nie do wiary! — zahuczał Lloyd Kolff. — Niesamowite! Co o tym sądzisz, Vornan?

Przybysz uśmiechnął się słabo.

— Całkiem osobliwe miejsce. Czy terapia daje należyte efekty?

— Terapia?

— Ludzie niezrównoważeni psychicznie otoczeni są tutaj troskliwą opieką, jak sądzę. Potoczna nazwa brzmi: dom wariatów.

— Widzimy tu rezydencję jednego z najbogatszych ludzi na świecie — wyjaśnił Heyman oficjalnym tonem — Zaprojektowana została przez genialnego architekta, Alberta Ngumbwe. Podziwiamy właśnie dzieło, będące kamieniem milowym, prawdziwie artystycznym osiągnięciem.

— Urzekające miejsce — stwierdził Vornan-19, kończąc tym samym dyskusję.

Przedpokój obrócił się i wstąpiliśmy na lepką powierzchnię wstęgi, aby po chwili znaleźć się w sąsiednim pomieszczeniu. Przyjęcie było już porządnie rozkręcone. Przynajmniej sto osób bawiło się w sali o olbrzymich rozmiarach i dziwacznym kształcie. Chociaż zgiełk panował tu straszliwy, na zewnątrz nie słyszeliśmy kompletnie nic. Pewnie za sprawą jakiejś sprytnej sztuczki inżynierów dźwięku. Weszliśmy w tłum eleganckich ludzi, którzy bawili się w najlepsze, nie zwracając najmniejszej uwagi na absencję gościa honorowego. Tańczono, śpiewano, pito, wydmuchiwano kłęby kolorowego dymu. Reflektory wirowały w szalonym pędzie. Podczas wędrówki przez salę rozpoznałem wiele sławnych twarzy: aktorów, finansistów, polityków, playboyów, kosmonautów. Bruton starannie przesiał nasze społeczeństwo, wyławiając jedynie jednostki niepowtarzalne, znaczące, obdarzone autorytetem. Z zaskoczeniem skonstatowałem, jak wiele twarzy potrafię skojarzyć z nazwiskami. Był to ewidentny dowód, że Bruton osiągnął zamierzony cel. Udało mu się zgromadzić pod jednym dachem całą plejadę postaci, które ja, zasiedziały mól książkowy, rozpoznałem na pierwszy rzut oka.

14