Maski czasu | Страница 13 | Онлайн-библиотека


Выбрать главу

Musiałem się zdrzemnąć. Około piątej obudził mnie szelest kartek papieru wylatujących ze szczeliny informacyjnej w ścianie. Kralick przesłał każdemu plan pobytu Vornana-19. Nie było tam żadnych rewelacji: nowojorska giełda, Wielki Kanion, parę fabryk, jakiś indiański rezerwat oraz — opatrzone znakiem zapytania — Luna City. Ciekawe, czy będziemy musieli mu towarzyszyć w tej wyprawie na Księżyc. Pewnie tak.

Wieczorem przy kolacji Helen i Aster wdały się w długą dysputę nad jakąś sprawą, o której ja osobiście nie miałem zielonego pojęcia. Okazało się, że moje krzesło sąsiaduje z fotelem Heymana. Byłem więc, siłą rzeczy, zmuszony prowadzić rozmowę na temat spenglerowskich interpretacji ruchu apokaliptystów. Lloyd Kolff opowiadał sprośne historyjki w kilkunastu językach naraz, Fields zaś słuchał śmiertelnie znudzony i tęgo popijał. Przy deserze dołączył do nas Kralick z miłą wiadomością, że Vornan-19 właśnie wsiada na pokład promu, zmierzającego prosto w stronę Nowego Jorku i należy się go spodziewać jutro w południe. Życzył nam powodzenia.

Nie pojechaliśmy na lotnisko powitać Vornana; Kralick wietrzył kłopoty. Nie bez racji zresztą. Zostaliśmy w hotelu i na ekranach oglądaliśmy uroczystość przybycia gościa z odległej przyszłości. Na miejscu zgromadziły się dwie rywalizujące grupy. Widać było tłumy apokaliptystów, lecz ten obraz nikogo już nie dziwił — ostatnimi czasy wielkie manifestacje apokaliptystów stały się zjawiskiem powszechnym. Nieco bardziej zaskakiwała mnie obecność około tysiąca demonstrantów, których — z braku lepszego określenia — nazwano „uczniami” Vornana. Przybyli, aby oddać mu cześć. Operator z lubością ukazywał ich oblicza. Nie były podobne do wykrzywionych obłędem twarzy apokaliptystów. Nie, tę grupę tworzyli głównie zorganizowani, karni przedstawiciele klasy średniej. W ich manifestacji nie widać było nic z żywiołu Dionizji. Dostrzegłem zdeterminowane twarze, zaciśnięte usta, trzeźwe spojrzenia i obleciał mnie strach. Apokaliptyści reprezentowali szumowiny naszego społeczeństwa, obiboków, wykolejeńców. Ci, którzy przybyli, aby oddać pokłon Vornanowi, byli mieszkańcami niewielkich, podmiejskich domków, drobnymi ciułaczami, rannymi ptaszkami, pracusiami — słowem kręgosłupem Ameryki. Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z Helen McIlwain.

— Oczywiście — powiedziała. — To jest kontrrewolucja, reakcja na wyczyny apokaliptystów. Ci szarzy ludzi upatrują w Vornanie apostoła, który przybył, aby znów zaprowadzić ład na świecie.

Fields był podobnego zdania.

Pomyślałem o leżących ciałach i różowych udach w sali tanecznej ogrodów Tivoli.

— Jeśli sądzą, że Vornan ma zamiar komukolwiek pomóc, to spotka ich srogi zawód — stwierdziłem. — Dotychczas sprawia wrażenie uosobienia skrajnego chaosu.

— Może zajdzie w nim jakaś przemiana, kiedy spostrzeże, jak wielką władzę sprawuje nad tłumem swych uczniów.

Spośród wszystkich tych zatrważających rzeczy, jakie ujrzałem i usłyszałem w czasie pierwszych dni pobytu gościa, teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że ciche słowa Helen McIlwain były najbardziej złowieszcze.

Rząd, rzecz jasna, miał niezwykle bogate doświadczenie w organizowaniu podniosłych uroczystości. Prasa roztrąbiła wszem i wobec, że Vornan ma wylądować na takim to a takim pasie startowym. Tymczasem lot zakończył się zupełnie gdzie indziej, po drugiej stronie płyty lotniska, a na spodziewane miejsce lądowania przybył prom z Meksyku, podstawiony specjalnie w tym celu. Policja otoczyła demonstrantów kordonem i trzeba przyznać, że poszło jej to bardzo sprawnie. Lecz gdy obie grupy rzuciły się w stronę lotniska, mur tarcz pękł pod potężnym naporem. Apokaliptyści zmieszali się z uczniami Vornana i nie można już było rozróżnić kto jest kim. Operator ukazał na zbliżeniu pulsujący tłum ludzkich ciał, lecz zaraz potem umknął obiektywem w bok, odkrywszy, że zamieszanie przeradza się stopniowo w regularne starcie. Tysiące postaci kłębiły się przy promie, którego bladoniebieski kadłub lśnił tajemniczo w mdłym świetle styczniowego słońca. Tymczasem o milę dalej, na przeciwległym krańcu lotniska, Vornan-19 wysiadł bez przeszkód z prawdziwego promu. Następnie odleciał helikopterem na spotkanie z nami, a cysterny pianowe opróżniały swą zawartość na głowach rozgorączkowanych demonstrantów. Kralick uprzedził nas telefonicznie, iż gość zmierza właśnie w stronę hotelu, który służył nam w Nowym Jorku jako kwatera główna.

Kiedy Vornan-19 kroczył w stronę naszego pokoju, poczułem, ogarniającą mnie nagle, niepowstrzymaną chęć ucieczki.

W jaki sposób mogę wyrazić w słowach natężenie tego wrażenia? Mogę powiedzieć, że w moich myślach w jednej, krótkiej chwili puściły wszystkie cumy pętające wszechświat i Ziemia zaczęła dryfować w bezkresnej pustce. Mogę powiedzieć, że wydawało mi się, iż wędruję po świecie, który nie posiada struktury, spoiwa, sensu. Niezaprzeczalnie była to chwila czystego strachu. Całe to moje ironiczne, prześmiewcze, sarkastyczne pozerstwo opuściło mnie w godzinę największej próby. Zostałem sam, bez pancerza cynizmu, nagi pośród porywistego wiatru. Stanąłem w obliczu faktu, że za chwilę ujrzę wędrowca spoza naszego czasu.

To był strach przed abstrakcją, która nabiera realnych kształtów. Można dużo mówić o projekcie odwrócenia czasu, można nawet wysłać parę elektronów w niedaleką przeszłość, lecz to wszystko w dalszym ciągu pozostaje tylko abstrakcją. Nigdy nie widziałem elektronu ani nie jestem w stanie sprecyzować, gdzie zaczyna się przeszłość. A tu nagle materia kosmosu zostaje rozdarta i czuję na twarzy wicher przyszłości. Choć z całych sił próbowałem przywołać dawny sceptycyzm, okazało się to ponad moje siły. Boże, miej mnie w swej opiece — uwierzyłem w autentyzm Vornana. Dziwna aura wypełniła pomieszczenie, nim jeszcze do niego wszedł. Trząsłem się cały jak galareta. Helen McIlwain stała bez ruchu, wyczekując. Fields wyglądał na solidnie podenerwowanego. Kolff i Heyman sprawiali wrażenie lekko zakłopotanych. Nawet Aster, zawsze szczelnie spowita lodową zasłoną, wydawała się do głębi poruszona. Wiedziałem, że oni wszyscy czuli to samo co ja.

Vornan-19 wkroczył do środka.

W czasie ubiegłych dwóch tygodni tak często widywałem tego człowieka na ekranach, że czułem, jakbym go znał od wieków. Lecz kiedy wstąpił między nas, zrozumiałem, że jest istotą na tyle obcą, iż wymyka się wszelkiemu poznaniu. Ślady tego uczucia pozostały w mej duszy na wiele miesięcy. Vornan był dla mnie kimś, kto zawsze stoi trochę z boku.

Był nieco niższy niż się spodziewałem — może o dwa cale przerastał Aster Mikkelsen. Mając po jednej stronie potężnego Kralicka, a po drugiej zwalistego Kolffa, sprawiał wrażenie przytłoczonego. W rzeczywistości jednak był panem sytuacji. Obrzucił nas przelotnym spojrzeniem, a potem rzekł:

— Niezwykle miło z waszej strony, że zadaliście sobie tyle trudu. Czuję się zaszczycony.

Boże, miej mnie w swej opiece. Ja uwierzyłem.

Każdego z nas kształtują wydarzenia, jakie miały miejsce za jego życia. Wszystkie wydarzenia — wielkiej i małej wagi. Nasze utarte poglądy, nasze uprzedzenia — to wszystko jest dziełem mieszanki zdarzeń, które osadzają się w nas w formie wspomnień. Moją dojrzałą osobowość ukształtowały niewielkie wojny, które wybuchały raz po raz na całym świecie, próby z bronią jądrową, które pamiętam z dzieciństwa, szok po zabójstwie Kennedy’ego, wytępienie krewetek w Atlantyku, słowa, jakie szeptała moja pierwsza kochanka, triumf komputeryzacji, blask arizońskiego słońca na mojej nagiej skórze. Kiedy rozmawiam z innymi ludźmi, wiem, że łączy mnie z nimi jakaś wieź, że uformowały ich te same wydarzenia, które miały wpływ na moją duszę, że mamy jakieś wspólne punkty zaczepienia.

Co nadało kształt myślom Vornana?

Wydarzenia, z którymi ja nie mam nic wspólnego. Ta świadomość napawała lękiem. Matryca, która wytłoczyła jego osobowość, była całkowicie odmienna. Ten człowiek przybył ze świata, który mówi innymi językami; świata, który posiada dziesięć stuleci zupełnie nieznanej historii; świata, który wykształcił odmienną kulturę i podlega być może obcym żądzom. Przez chwilę krótką jak mgnienie oka ujrzałem oczyma wyobraźni wyidealizowany świat zielonych pól i błyszczących wieżyc, obłaskawionej pogody i podróży do gwiazd; świat nieokiełznanych pomysłów i niewyobrażalnych osiągnięć. I czułem, że cokolwiek podpowie wyobraźnia, w rzeczywistości okaże się niewystarczające. Zabraknie wspólnych punktów odniesienia.

Przeklinałem w duchu, że dopuściłem do siebie podobne myśli.

Tłumaczyłem sobie, że to mężczyzna wyrosły w mojej rzeczywistości, sprytny manipulator ludzkimi uczuciami.

Spróbowałem odzyskać dawny sceptycyzm. Nic z tego nie wyszło.

Po kolei witaliśmy się z Vornanem, głośno wymawiając swe nazwiska. Stał pośrodku pokoju, wyniosły, i słuchał jak recytowaliśmy swoje naukowe specjalności. Filolog, biochemik, etnolog, historyk, psycholog — padały kolejno nazwy.

— Jestem fizykiem, specjalistą w dziedzinie zjawiska odwrócenia czasu — oznajmiłem, kiedy przyszła pora na mnie i czekałem, jakie wywoła to wrażenie.

— Bardzo ciekawe — zauważył Vornan. — Na tak wczesnym stadium rozwoju cywilizacyjnego odkryliście już zjawisko odwrócenia czasu! Panie Garfield, musimy w najbliższym czasie porozmawiać na ten temat.

Heyman wystąpił o krok do przodu i szczeknął:

— Co pan rozumie przez zwrot „na tak wczesnym stadium rozwoju cywilizacyjnego”? Jeśli sądzi pan, że jesteśmy bandą zawszonych jaskiniowców…

— Franz — szepnął Kolff i chwycił Heymana za ramię. Dowiedziałem się wreszcie co oznacza literka F w nazwisku „F. Richard Heyman”. Kralick posłał mu gniewne spojrzenie. Ostudziło to nieco jego zapędy. Nie wita się gościa, nawet mocno podejrzanego, rzucając mu na samym wstępie rękawicę w twarz.

— Na jutro przygotowaliśmy wycieczkę po dzielnicy bankowej — oznajmił Kralick. — Resztę dnia możemy spędzić w bibliotece, aby się trochę odprężyć. Czy brzmi to…

Vornan nie zwracał zupełnie uwagi na to, co dzieje się dookoła. Sunąc w jakiś przedziwny sposób, przeciął całe pomieszczenie, aż stanął twarzą w twarz z Aster Mikklesen.

— Moje ciało jest mokre od potu po długiej podróży — oznajmił cicho. — Pragnę się obmyć. Czy zechciałabyś wyświadczyć mi ten honor i wraz ze mną zażyć kąpieli?

Szczęki opadły nam z wrażenia. Wiedzieliśmy doskonale, że Vornan uwielbia wysuwać dość obraźliwe propozycje. Nie spodziewaliśmy się jednak, że nastąpi to tak szybko, i że ich obiektem będzie Aster. Morton Fields ruszył przed siebie, sztywno i ciężko niczym kamienny olbrzym, chcąc najwyraźniej wyciągnąć Aster z kłopotliwego położenia. Lecz Aster nie potrzebowała niczyjej pomocy. Z wdziękiem i bez chwili wahania przyjęła zaproszenie Vornana do wspólnej kąpieli. Helen uśmiechnęła się szeroko. Kolff zamrugał. Fields zaczął coś niewyraźnie bełkotać. Vornan zaś skłonił się lekko — zgiąwszy kolano oraz plecy, co wyglądało tak, jakby nie za bardzo wiedział, jak należy składać pokłony — i wyprowadził Aster na korytarz. Wszystko odbyło się tak szybko, że staliśmy jak ogłuszeni, nic nie pojmując.

— Nie możemy mu pozwalać na takie rzeczy — wybąkał wreszcie Fields.

— Aster nie zgłaszała zastrzeżeń — zauważyła Helen. — A to w końcu jej sprawa.

Heyman uderzył pięścią w otwartą dłoń.

— Składam rezygnację! — krzyknął zapalczywie. — To przecież jakaś niedorzeczna farsa! Natychmiast wycofuję swoją kandydaturę!

Kolff i Kralick zmierzyli go gniewnym wzrokiem.

— Franz, opanuj się — wrzasnął Kolff, a Kralick dodał niemal jednocześnie:

— Doktorze Heyman proszę o…

— A przypuśćmy, że to mnie zaprosiłby do wspólnej kąpieli? — rzucił gniewnie Heyman. — Mamy spełniać każdą jego zachciankę? Nie zamierzam brać dalej udziału w tej żałosnej błazenadzie!

— Nikt nie każe panu spełniać wszystkich jego żądań, doktorze Heyman — oznajmił Kralick. — Panna Mikkelsen wyraziła zgodę z własnej i nieprzymuszonej woli. Uczyniła tak w imię zgody i przyjaźni, z pobudek naukowych. Jestem z niej dumny. Niemniej, mogła odmówić i pan na jej miejscu miałby prawo…

— Franz, złotko, szkoda, że tak szybko złożyłeś rezygnację — oznajmiła ze smutkiem Helen McIlwain. — Pragnąłeś przecież omówić z naszym gościem kwestię kształtu następnego tysiąclecia? Nigdy już nie nadarzy ci się taka okazja. Szczerze wątpię, czy pan Kralick pozwoli ci na rozmowę z Vornanem, jeśli opuścisz nasz zespół. A sam doskonale wiesz, jak wielu historyków marzy, aby zająć twoje miejsce.

Słowa te podziałały z natychmiastowym skutkiem. Myśl, że jakiś rywal miałby jako pierwszy rozmawiać z Vornanem i dokonać wielkiego odkrycia, przyprawiła Heymana o dreszcze. Zaraz też zaczął coś niewyraźnie bąkać, że wcale nie złożył jeszcze prawdziwej rezygnacji, a jedynie straszył, że wycofa się z komitetu. Kralick odczekał chwilę, obserwując jak Heyman wije się jak ryba na haczyku, po czym oświadczył, że puszcza w niepamięć cały niefortunny incydent. Wymusił jednak obietnicę, że podobna sytuacja już nigdy się nie powtórzy.

Fields, podczas całej tej wymiany zdań, stał wpatrzony tępo w drzwi, za którymi zniknęli Vornan i Aster.

— Powinieneś chyba sprawdzić, co się tam wyprawia — oznajmił głucho po dłuższej chwili.

— Zapewne biorą kąpiel — wyjaśnił Kralick.

— Mówisz to z zadziwiającym spokojem — wykrzyknął Fields. — A jeśli wysłałeś ją w towarzystwie maniakalnego mordercy? Pewne symptomy, jakie odkryłem w postawie i wyrazie twarzy tego człowieka, świadczą dobitnie, że nie należy mu ufać.

Kralick uniósł nieznacznie brwi.

— Doprawdy, doktorze Fields? Czy zechciałby pan przedstawić nam wyczerpujący raport na ten temat?

— Poczekam z tym jeszcze — odparł posępnie. — W każdym razie uważam, że naszym obowiązkiem jest zapewnić bezpieczeństwo pannie Mikkelsen. Za wcześnie jeszcze, aby przypuszczać, że przybysz podlega oraz respektuje prawa i zakazy naszej społeczności, zatem…

13